On zza mórz przyzywa burze,
By mu szlak kreśliły w toni,
Ona wdycha z linii dłoni
Bukiet tęsknot i odurzeń.
On zza mórz przyzywa burze.
Jacek Kaczmarski, Księżniczka i pirat…
Prolog
Marysia Gwidosz miała zamiar wreszcie wyspać się do woli. Niestety,
zapomniała uzgodnić swoje plany z firmą strzygącą trawniki na terenie
Spółdzielni Mieszkaniowej Bródno. W wyniku braku wspomnianych uzgodnień
o godzinie siódmej czterdzieści tuż pod otwartymi oknami mieszkania
Gwidoszów pracownicy firmy Trawpol włączyli dwie kosiarki spalinowe.
Rodzina
Gwidoszów od wielu lat mieszkała w tym samym miejscu i nie było to
pierwsze koszenie trawy o świcie (dla Marysi w dni powszednie świt
kończy się około godziny dziewiątej, a w soboty i święta trwa do
dwunastej). Wiele razy Marysia zastanawiała się, skąd ci opaleni na
brąz, muskularni panowie dowiadują się, kiedy ona śpi, potrzebuje
spokoju lub chce oglądać film. Bo to, że się jakoś dowiadywali, jest
pewne. Koszenie trawnika pod oknami jej mieszkania nie zdarzało się,
kiedy znajdowała się poza domem, było za to zawsze idealnie
zsynchronizowane z jej potrzebą ciszy lub snu.
– Co za kretyni koszą o tej porze?! Ludzie, jest sobota! – zaczęła krzyczeć.
Było
to zachowanie mało rozsądne, bo przecież jej głos nie zdołałby się
przebić przez warkot kosiarki. Osiągnęła tylko tyle, że obudziła swoją
młodszą siostrę.
Celina Gwidosz, lat jedenaście, mimo że dawno
pożegnała okres niemowlęcy, zachowała cudowną właściwość: mogła jak
noworodek spać wszędzie i w każdych warunkach, ale bez przesady
oczywiście.
Otworzyła oczy. Zarejestrowała to, co konieczne,
czyli że jej siostrze nic nie jest, nie wzywa pomocy i nie umiera, tylko
wydziera się na mało zrozumiały temat.
– Zabiłabym ich gołymi rękami! Psychole! – syczała Marysia, rzucając się w pościeli.
– Kogo? – zapytała Celinka.
Nie była za bardzo zainteresowana odpowiedzią. Zapytała, bo kochała siostrę i czuła, że Marysia chce, żeby jej zadać to pytanie.
– Tych bestialskich kosiarzy! Dobrze, że nie mam żadnej władzy, bo pozabijałabym wszystkich.
– Wszystkich? – Celinka uśmiechnęła się pod nosem. – Brat Bartka Karasia jest konserwatorem trawników.
– A wiesz,
co mnie obchodzi brat Karasia czy innej Płoci?! Jeśli jest kosiarzem,
zasługuje na śmierć. Śmierć kosiarzom! – wrzasnęła w stronę okna. – Za
jakie grzechy ja muszę to znosić?
– O co ci chodzi? Pokoszą
i przestaną – powiedziała Celinka, ale tą opinią nie zjednała sobie
siostry, która wsadziła głowę pod poduszkę i kopała nogami materac.
Zapach
skoszonej wiosennej trawy był zniewalający. W odróżnieniu od siostry
Celinka bardzo lubiła kosiarzy. Podobała jej się ich praca. Zawsze byli
opaleni, nosili spodnie na szelkach, a na głowach często mieli fajne
kolorowe arafatki albo chustki. Krzyczeli głośno, no i mieli
superkosiarki. Tego roku koszenie szczególnie interesowało Celinkę, bo
brat Bartka Karasia właśnie tym się parał. A poza tym było to pierwsze
koszenie w sezonie, więc jeszcze się nie nasyciła zapachem, a hałas jej
nie przeszkadzał.
Celinka otworzyła okno na oścież i przyglądała się obu kosiarzom pod kątem podobieństwa do Bartka Karasia.
– Ale super pachnie, prawda? – Zaciągnęła się trawiastym zapachem.
– Zamknij
okno! – wrzasnęła Marysia. – Jesteś dzieckiem anormalnym. Wyjdź za
rolnika, będziesz o trzeciej dwadzieścia krowy ganiać na pole!
– Rozważam to – mruknęła Celinka i zamknęła okno.
– No nie, to jest chore. Jeszcze nie ma ósmej!
Do
pokoju weszła Joanna Gwidosz, lat pięćdziesiąt, mama dziewczynek
i dwójki dorosłych i już niemieszkających z rodzicami dzieci, Malwiny
i Kuby.
– Przestań krzyczeć, bo obudzisz tatę.
Marysia chciała powiedzieć, że to niemożliwe, żeby ktoś był w stanie spać w tych warunkach, ale mama ją ubiegła.
– Marysiu, taki już urok kwietnia. Wiosna, panie sierżancie!
Wydawało jej się, że w ten sposób rozładuje atmosferę, ale pod wpływem miażdżącego spojrzenia córki dodała innym już tonem:
– Czego
nie można zmienić, trzeba zaakceptować. Widzimy świat przez pryzmat
własnych emocji. Zmień emocje, zmieni się rzeczywistość.
– Co to za teksty, mamo? Lamus się o nie pyta. To są, z przeproszeniem, gigachrzany.
Marysia wzięła przygotowany przez mamę kubek kakao i już miała się napić, ale nagle odsunęła go gwałtownie.
– Nienawidzę
kożuchów. Obrzydliwość! – Spojrzała na siostrę, która z lubością
przełykała kożuch. – Jak niski próg wrażliwości trzeba mieć, żeby móc to
pić!
Z furią wcisnęła stopy w rozdeptane kapcie i wyszła z pokoju.
Mama
odprowadziła ją wzrokiem, a potem spojrzała na Celinkę. Najmłodsza
córka miała wielkie niebieskie oczy, które wbiła w matkę. Joannie
zrobiło się żal dziecka.
– Nie przejmuj się nią, kochanie.
– Czym mam się przejmować? – Celinka wzruszyła ramionami. – Będzie więcej dla nas.
Prysznic poprawił nieco podły nastrój Marysi. Ciepła woda oraz
aromaterapeutyczny zapach żelu limonkowo-migdałowego nieco ukoiły jej
skołatane nerwy.
Kiedy Marysia wycierała mokre łydki i cichutko
sobie podśpiewywała, do łazienki wszedł Pies, czyli najstarszy kot
Gwidoszów. Jak w wielu domach, w których mieszkają koty, kratka
w drzwiach łazienkowych była na stałe wyjęta, żeby zwierzęta miały
swobodny dostęp do swojej toalety. Pies posłał Marysi ponaglające
spojrzenie, ponieważ nie lubił korzystać z kuwety w obecności innych
stworzeń.
– Nie możesz poczekać dwie minuty? I drugi przylazł? Kto was tu nasłał, co? Mamo!
Wołanie mamy w tej sytuacji nie było zbyt racjonalne, ale Marysią zawładnęły emocje.
– Kompletnie
już zapomniałem, jak to się objawia – jęknął siedzący przy stole
Mariusz Gwidosz. – Nie wiem, czy dam radę trzeci raz przez to przebrnąć.
Myślałem, że przejdzie bokiem.
– Naiwność ludzka nie zna granic – powiedziała Joanna. – To nie burza.
– Ale jakoś późno tym razem, prawda?
– Rzeczywiście…
Albo wcześniej nie było aż tak. Malwinka chyba pod koniec podstawówki,
Kuba to już nie pamiętam, ale też było ostro. Przypomnij sobie, jak nie
odzywał się do nas przez całe popołudnie, bo mu przerwałeś opowiadanie
snu, albo jak się obraził na babcię, kiedy powiedziała, że ładny z niego
chłopczyk.
Rodzice zachichotali.
– Damy radę, nie martw się. To tylko trzy, cztery lata.
– Asieńko,
ty to umiesz człowieka pocieszyć. Cudowna perspektywa – niemal
bezgłośnie wyszeptał Mariusz. – Cztery lata bez wyroku.
Celinka
miała swoje miejsce przy stole. Nie było to miejsce przypadkowe. Celinka
wybrała je z premedytacją, ponieważ znajdowało się najbliżej tostera.
Proces opiekania fascynował ją od dłuższego czasu. Wsadzała tosty do
opiekacza i włączała timer. Uwielbiała patrzeć, jak upieczone grzanki
wyskakują w górę. Z niezrozumiałych dla siebie i innych powodów po
prostu lubiła ten moment. Jednym uchem rejestrowała, że rodzice
rozmawiają o czymś ciekawym, ale tosty były zawsze na pierwszym miejscu.
Tym razem również poczekała, aż wyskoczą, i dopiero wtedy włączyła się
do rozmowy.
– Czy chodzi o to, że ona ma okres dojrzewania? – zapytała, kładąc jednego tosta na talerzu mamy, a drugiego na talerzu taty.
– Cicho! – syknęli rodzice, z przerażeniem patrząc na drzwi.
– Nie
mów garbatemu, że garbaty – szepnął Mariusz. – Potem ci wszystko
wytłumaczę. Teraz zaklinam, żebyś pod żadnym pozorem nie wymawiała przy
Marysi słowa „dojrzewanie”. To jest słowo zabronione.
– A kiedy konkretnie będę już mogła je wymawiać? – zapytała z dociekliwością właściwą dobrze rozwiniętym jedenastolatkom.
– Sama się zorientujesz.
– A jeśli się nie zorientuję sama? – Drążenie tematu to, obok dociekliwości, kolejna typowa cecha dziecka w tym wieku.
– To mnie zapytasz i ja ci wtedy powiem.
Taka odpowiedź satysfakcjonowała Celinkę. Wsadziła do opiekacza dwa kolejne tosty i spojrzała przez ramię na drzwi łazienki.
„Mamy
w domu dwa koty – rozmyślała. – Kot jest stworzeniem żywym, a skoro
żyje, musi sikać i robić kupę. Załatwia się do kuwety, która stoi
w łazience. O co więc tyle rabanu?”.
– Czy on zawsze musi włazić, kiedy ja tu jestem? Zróbcie coś! – Marysia wypadła z łazienki.
– On tu mieszka od dwunastu lat – spokojnie powiedział Mariusz.
– Rany, o co tyle krzyku. Ja sprzątnę – zaoferowała się Celinka, nie odrywając wzroku od tostera.
Gdy
kolejne dwie grzanki wyskoczyły gotowe do konsumpcji, zsunęła się
z krzesła i ruszyła do łazienki. Nie lubiła sprzątać po kotach, ale była
mądrym człowiekiem i wiedziała, że życie nie składa się tylko z tego,
co lubimy. A to, czego nie lubimy, warto zrobić od razu i mieć z głowy.
Rodzice
w milczeniu siedzieli przy stole. Ojciec, unikając wzroku córki,
smarował razowy tost powidłami żurawinowymi, a mama wciskała cytrynę do
zielonej herbaty. Ich milczenie zirytowało Marysię.
– Z wami da się pogadać od serca. Nie ma to jak zrozumienie, prawda? Dzięki za wsparcie – warknęła i poszła do pokoju.
Marysia naciągnęła na siebie dżinsy i bluzę. W zasadzie powinna
zabrać się do lekcji, powinna też zacząć myśleć nad projektem na
biologię. Dostała świetny temat: „Proces domestykacji”. Udomawianie
zwierząt zawsze bardzo ją interesowało. Tak jak lubiła, temat był
interdyscyplinarny – z pogranicza genetyki, psychologii zwierząt
i fizjologii. Ameba postawiła sprawę jasno: na szóstkę trzeba zrobić
projekt; kto chce, proszę bardzo, ona udostępnia tematy. Marysia miała
z biologii piątkę zagwarantowaną, ale miło byłoby mieć szóstkę. Poza tym
lubiła Amebę i biologię, może zresztą będzie studiować właśnie ten
kierunek? A skoro chce iść na biologię, to nie ma co tracić czasu,
trzeba się brać do roboty.
Spojrzała na zegarek i postanowiła, że
posiedzi nad projektem przez dwie godziny. Nastawiła budzik
w smartfonie, potem puściła cichutko Dziadka do orzechów, przy którym zawsze świetnie jej się pracowało, i zabrała się do zadania.
„Udomowienie
zwierząt, czyli domestykacja, zaczęło się około piętnastu tysięcy lat
temu. Spośród stu czterdziestu ośmiu tysięcy gatunków udało się do dziś
udomowić zaledwie piętnaście. Pierwszy udomowiony przez człowieka
gatunek to pies”.
Wybranie zdjęć psa zajęło Marysi masę czasu, bo
nie mogła się zdecydować, czy na slajdzie umieścić baraszkującego
w wodzie rottweilera, czy raczej wyżła na polowaniu. Bijąc się
z myślami, mimowolnie spojrzała na śpiącą Łapę. Wzięła aparat i zrobiła
jej zdjęcie. Tak, to był zdecydowanie dobry przykład ukazujący, jak
daleko zaszedł proces domestykacji.
Nawet nie poczuła, kiedy
minęły dwie godziny. Przyszedł czas na relaks. Wzięła do ręki katalog
Festiwalu Mozartowskiego. Gruba, ciężka książka ze streszczeniami
wszystkich oper Mozarta była lekturą, po którą Marysia sięgała
najczęściej. Nareszcie spełniło się jej marzenie i w tym roku miała
karnet na festiwal. Kochana babcia zafundowała jej taki prezent. Babcia
miała nadprzyrodzony dar obdarowywania członków rodziny dokładnie tym,
czego pragnęli.
Ponieważ w tym roku Festiwal Mozartowski zaczynał się od Cosi fan tutte,
Marysia zaczęła lekturę katalogu od tej właśnie opery. Znała ją dobrze.
Miała chyba siedem lat, gdy Kuba po raz pierwszy ją na nią zabrał.
Czytała więc streszczenie tylko z nawyku. Sama opisałaby akcję nieco
inaczej, ale co tam! Liczy się muzyka.
Sięgnęła po boks z Complete Mozart Edition i założyła słuchawki.
Była
właśnie przy arii Despiny, gdy drzwi się otworzyły i wolno, ze
spuszczoną głową, do pokoju weszła Celinka. Sięgnęła po swoją torebkę.
– Co ty się tak skradasz, Celuś? Idziecie gdzieś? – przyjaźnie zagadnęła siostrę Marysia.
Cela
rozpromieniła się. Okazało się, że wybierają się do Żukowskich na, jak
powiedziała ciocia Żukowska, królewskie ciasto owocowe w dużej ilości.
– Królewskie ciasto owocowe w dużej ilości, mówisz?
Marysia
zerknęła na zegarek. Lekcje i porządki są zawsze, a królewskie ciasto
owocowe, zwłaszcza w dużej ilości – rzadko. Wybór był prosty.
– Ja też chcę. Dajcie mi pięć minut! – wrzasnęła i rzuciła się do łazienki.
Po pięciu minutach – przebrana, uczesana i uśmiechnięta – była gotowa.
Kiedy wyszli na klatkę schodową, objęła Celinkę, szturchnęła ją w bok i szepnęła:
– Trzy czte-ry.
Kołysząc się miarowo do taktu, zaczęły podśpiewywać:
– Hey Jude, don’t make it bad…
Do
Żukowskich dotarli w miłym sobotnim nastroju. Królewskie ciasto owocowe
okazało się mocno spieczonym biszkoptem ze szklarniowym rabarbarem, ale
Marysia miała dziką ochotę na jakiekolwiek ciasto. Była czternasta,
a ona przecież od rana nie miała nic w ustach. Trzeba było to jakoś
nadrobić.[źródło]
Książka znajduje się w szkolnej bibliotece!