wtorek, 23 maja 2017

Dzika jabłoń - Anna Łacina

ROZDZIAŁ I
Wtorek, 31 grudnia 2013
1.
Drzwi autobusu otwarły się z sykiem. Wiktoria naciągnęła kaptur i kuląc się w zacinającym deszczu, ruszyła przez osiedle domków jednorodzinnych. Szczękała zębami trochę z zimna, ale bardziej z emocji.
Zerknęła, po raz chyba tysięczny, na wyświetlacz komórki. Żadnych nowych wiadomości, zero nieodebranych połączeń. Wybrała numer swojego chłopaka, ale tak jak w poprzednich dniach system poinformował ją, że abonent jest niedostępny.
Do wczoraj nie budziło to jej niepokoju. Kiedy Kacper grał, wyłączał komórkę, a niedawno kupił sobie czasowe dopalacze do LoL-a za prawdziwe pieniądze, nawet pożyczyła mu parę złotych.
Ale przecież dziś przypadała ich rocznica! Poznali się właśnie w sylwestra na domówce u Zuzki. Na facebookowym profilu Wiktorii od prawie trzech lat pyszniło się:
♥ W związku z użytkownikiem: Kacper Błachowiak
Tego poranka Wiktoria zauważyła, że napis się zmienił:
♥ W związku
Kiedy próbowała wejść na profil Kacpra, otrzymała informację:
Przepraszamy, ta strona jest niedostępna.
Kliknięty link mógł być uszkodzony lub strona mogła zostać usunięta.
I rysunek lajka z obandażowanym kciukiem.
Nie znalazła Kacpra także w znajomych Zuzki ani Rafała, choć przecież się przyjaźnili, ani nawet w grupie, w której dotąd często się udzielał. Zajrzała do wydarzenia „Sylwek 2013/2014”, gdzie omawiali przygotowania do składkowej imprezy w wynajętej sali. Jeszcze nie tak dawno toczyła się tam dyskusja, czy lepiej kupić więcej napojów, czy jedzenia. Dyskusja trwała nadal, ale wpisy Kacpra zniknęły.
Właśnie dlatego stała teraz przed jego domem i nerwowo wciskała guzik dzwonka.
Potem zapukała. Bez efektu.
Gdzie się wszyscy podziali?
Obeszła budynek dookoła, zaglądając do okien. Firanki zasunięte, plisy do połowy podniesione, wszędzie panowała cisza. Co się mogło stać?
Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu. Mama!
– Gdzie ty jesteś, Wikuniu?
– Chciałam się trochę przespacerować przed imprezą. – Stanęła przy szerokim tarasowym oknie, usiłując zajrzeć do środka. Nic nie widać przez te firanki. – Wpadnę jeszcze do Zuzki, dobrze?
Chyba naprawdę nikogo nie ma. Wiktoria wyszła z ogródka, starannie zamknęła furtkę i powlokła się w stronę przystanku.
– Nie zapomnij, że o trzynastej jesteś umówiona z panią Justyną!
– Z panią Justyną... – Prawda! Fryzjerka. – Mogłabyś ją odwołać? – Gdzie ten Kacper się podział?
– Jak to: „odwołać”?! Mowy nie ma! – oburzyła się mama. – Z trudem cię wcisnęła, po znajomości, tak jęczałaś, że to sprawa życia i śmierci, a teraz „odwołać”? Nie ma mowy!
Wiktoria rzuciła parę zdawkowych frazesów, żeby jak najszybciej skończyć rozmowę, i przyśpieszyła kroku. Jeszcze tego brakowało, by uciekła jej jedenastka. Autobus, który łączył trzy najważniejsze dla niej miejsca: dom Kacpra, jej mieszkanie i dom najlepszej przyjaciółki w Pyszczynie. Komórka znów zawibrowała.
– Wiki, mam prośbę – zaczęła bez wstępów Zuzka. – Jakby przypadkiem moja matka cię pytała, to jestem u ciebie, OK?
– Właśnie miałam jechać do Pyszczyna! Gdzie cię poniosło?
– Tajemnica! – zaśmiała się przyjaciółka. – Ale tobie powiem. – Zniżyła głos do szeptu. – Poznałam superchłopaka! I... jestem u niego od wczoraj. Nie wydaj mnie!
– A ja nie mogę skontaktować się z Kacpim. Nie wiesz, co się stało?
– Może skroili mu telefon?
Wiktoria poczuła zimny dreszcz. Oczami wyobraźni zobaczyła Kacpra w szpitalu, całego w bandażach...
– Na Fejsie też go nie ma. Jakby usunął konto. – Uczepiła się tej myśli. Śmiertelnie pobity człowiek nie usuwa konta.
– Pytałaś Rafała?
– Jeszcze nie.
– Słuchaj, nic nie rób. Podzwonię po znajomych i wybadam sytuację. A ty szybko wracaj do domu, bo jakby matka chciała mnie sprawdzić...
Wiktorii zrobiło się ciepło na sercu. Zuzka, świeżo zakochana, a rzuca wszystko, żeby jej pomóc. I jak zwykle od razu przejęła dowodzenie.
– A właściwie dlaczego jeszcze nie dzwonili? – udała zainteresowanie. – Zawsze pytają, czy możesz u nas spać.
– Matka na nocce, jak wróci, pomyśli, że dopiero co wyszłam, zostawiłam nawet rozgrzebane łóżko i nieschowany ser na stole, żeby miała o co się złościć. A ojciec pewnie jeszcze śpi, bo pracował do późna.


Dzika jabłoń [Anna Łacina]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
2.
Kiedy Wiktoria umierała z niepokoju o Kacpra, jej starsza o dziewięć lat siostra, Marta, wyobrażała sobie różne rodzaje tortur, którym powinno się poddać jej chłopaka, Marcina. „Nie mogę uwierzyć, że znowu mi to zrobił! – myślała, miotając się między półkami osiedlowego marketu. – Tak się cieszyłam na tę imprezę!”.
– Sama jesteś sobie winna – mruknęła. – Trzeba było dopilnować rezerwacji, a nie polegać na Marcinie. Cholerny sknerus!
Mieszkali razem od czterech lat, a jeszcze się nie przyzwyczaiła do jego dziwactw. No bo kto to widział, żeby sylwestra spędzać w domu? W jej rodzinie byłoby to nie do pomyślenia.
Już kilka razy planowała rozstanie, ale gdy w myślach dochodziła do momentu, w którym trzeba będzie poszukać osobnych mieszkań, podzielić posiadane przedmioty, czuła strach. Nigdy nie mieszkała sama.
Więc dobrze: filet z kurczaka, mrożone frytki, gotowa surówka... Tu się zawahała, surówka nie wyglądała zachęcająco, pewnie sprzed paru dni, wzięła więc ogórki konserwowe. Szampan? Proszę, jest: sowietskoje igristoje. Marcin ucieszy się, że oszczędnie.
Co prawda liczył na polędwicę wołową (przyrządziła taką na sylwestra rok wcześniej, ale wtedy sądziła, że zostają w domu, bo Marcin wreszcie chce jej się oświadczyć), jednak teraz nie da się wrobić w kucharzenie.
„Mogłam przyjąć propozycję Norberta – przemknęło jej przez głowę. – Na złość Marcinowi!”.
Norbert był prokurentem w firmie pośrednictwa finansowego, w której pracowała. Prawą ręką szefowej.
Właściwie Marta niespecjalnie go lubiła, uważała za zarozumiałego bufona, ale... co by się stało, gdyby przyjęła jego zaproszenie? Wczoraj, w czasie przerwy na lunch, gdy myła kubek po kawie, podszedł znienacka i szepnął, że szuka ładnej towarzyszki na sylwestra.
Powinna chociaż z nim poflirtować, tymczasem ją zatkało. Zanim zdołała wymyślić jakąś błyskotliwą odpowiedź, Norbert sobie poszedł.
Była beznadziejna. I właśnie dlatego skazana na beznadziejne sylwestry.
Stojąc w ogonku do kasy, przyglądała się rozstawionym w chłodziarce ciastom.
„Marcin najbardziej lubi kostkę węgierską – przemknęło jej przez głowę. – Pasowałaby do kawy”.
Ekspedientka szybko skasowała wyłożony na ladę towar.
– Czy coś jeszcze?
Marta spojrzała w kierunku ciast.
– Dwa ptysie.

3.
– Podobno ma szlaban na wszystko – zrelacjonowała Zuza wyniki swoich poszukiwań. – Nie wiem, co narozrabiał. Ponoć starzy zabrali mu komórę, odcięli dostęp do kompa, wykasowali wszystkie gry i zlikwidowali konto na Fejsie. Sylwka też odwołał. Będziesz musiała pójść sama.
– No to ja też nie idę. – Spojrzała z żalem na szafirową sukienkę. Jacyś porąbani ci jego rodzice. Przecież sylwester jest tylko raz w roku! – Nie wiesz, czy gdzieś wyjechali? Bo rano dom był pusty.
– A, tak. – Zuza się zawahała. – Do dziadków czy coś. Ale ty idź! Kacpi na pewno nie będzie miał pretensji. Przecież to on nawalił, nie?
Wiki miała jeszcze mnóstwo pytań, ale przyjaciółka szybko zakończyła rozmowę. Trzeba będzie ją przycisnąć na imprezie. Ciekawe, czy przyprowadzi nowego chłopaka.
Wiktoria najchętniej zostałaby w domu, ale mama nie chciała nawet o tym słyszeć: „Jaki sylwester, taki cały rok. Trzeba się dobrze bawić, a nie siedzieć z nosem zwieszonym na kwintę, bo inaczej rok będzie smutny!”.
– Jak mogę się dobrze bawić bez Kacpra? – zaprotestowała. – Sylwester i tak będzie smutny!
– Kochanie... – Mama objęła ją i przytuliła. – Żaden mężczyzna na tym świecie, choćby był księciem, nie zapewni ci szczęścia ani dobrej zabawy. Jedno i drugie musisz znaleźć w sobie. – Delikatnie poprawiła ułożone przez panią Justynę włosy. – Jesteś śliczna – szepnęła Wiktorii do ucha. – Szkoda, żeby to się zmarnowało, prawda?
Wiki dla świętego spokoju skinęła głową. Co matka może wiedzieć o tym dziwnym przeczuciu, że stanie się (a może już się stało?) coś strasznego? Jak można się dobrze bawić, nie wiedząc, co naprawdę dzieje się z Kacprem? Szlaban? Nie potrafiła w to uwierzyć.
– Poza tym nie po to kupiłyśmy ci nową sukienkę i buty, by kurzyły się w szafie – mama wyciągnęła koronny argument. – W przyszłym roku mogą już nie pasować. Ubieraj się, zaraz piąta. Poczekamy kwadrans akademicki. Jeśli twój amant się nie zjawi, odwiezie cię tata.
„Amant”! Wiktoria prychnęła ze złością.
Chciała coś jeszcze powiedzieć, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Serce podeszło jej do gardła, a nagła nadzieja niemal podcięła nogi. Kacpi?
Tata otworzył, bo nie była w stanie się ruszyć.
– Dzień dobry, czy tu mieszka Wiktoria Sadowska? – zabrzmiał zupełnie obcy głos.

4.
Gdy tata wprowadził go do pokoju, w uniformie kwiaciarni Anemon, ukrytego za ogromnym bukietem czerwonych róż, Wiktoria była pewna, że to Kacper w tak niezwykły sposób świętuje ich trzecią rocznicę. Kwiaciarnia należała do jego rodziców, bez problemu mógł zdobyć uniform. Wiedziała, że róż będzie trzydzieści sześć, po jednej za każdy miesiąc. W zeszłym roku dostała dwadzieścia cztery. Zasuszone stały w wazonie razem z dwunastoma z ich pierwszej rocznicy.
Ona też przygotowała prezent: pracowicie ozdobiony i skomponowany w antyramie zbiór zdjęć ich obojga. Wszystkie najpiękniejsze chwile. Trzy lata zamknięte w czterdziestu dziewięciu fotografiach ułożonych w misterną mozaikę.
Uśmiechnęła się, wyciągnęła ręce, by rzucić się Kacpiemu na szyję, ale w jej ramionach nagle znalazł się bukiet, a przed nią stał całkiem obcy chłopak.
Otaksował ją wzrokiem i stwierdził z zadowoleniem:
– Kacper mówił, że jesteś ładna. Nie ściemniał.
Poczuła wściekłość. Jakim prawem ocenia ją jakiś wypłosz, z którym wstydziłaby się pokazać nawet na ulicy?
– A Kacper gdzie?
Chłopak wzruszył ramionami.
– Ja tu tylko sprzątam. Kwiaty, znaczy, roznoszę.
Rozgarnęła bukiet, szukając ukrytego bileciku. Był, jak zawsze, ze standardowym napisem: „Dla mojej Wiktorii. Kocham, kocham, kocham”. W zeszłym roku „kocham” powtarzało się dwa razy. „Co roku będę ci przypominał, że kocham cię już bardzo długo” – obiecał przed poprzednim sylwestrem. Ale wtedy przyniósł kwiaty osobiście.
Chłopak podsunął jej jakiś papier z rubrykami.
– Podpisz, bo muszę lecieć dalej.
Machinalnie zrobiła parafkę.
– Kacper to dzisiaj zamówił?
Parsknął śmiechem.
– Taką ilość to się zamawia z wyprzedzeniem. Już w listopadzie były wpisane w zapotrzebowanie.
„A kiedy ci powiedział, że jestem ładna?” – miała ochotę zapytać, ale zanim zdobyła się na śmiałość, za posłańcem już zamknęły się drzwi.
Wstąpiła w nią nowa nadzieja. Może Kacper szykuje niespodziankę, a kwiaty stanowią preludium?
Prezent, który tak pieczołowicie przygotowywała, wydał się jej nagle niewiele warty. Trochę papieru, tektury i szkła. Postanowiła, że zostawi go w domu i tylko szepnie Kacpiemu o północy, że też ma coś dla niego, coś, co czeka w jej pokoju.

5.
Wiktorię mdliło od mieszających się ze sobą woni. Właśnie podano pizzę, chyba już nigdy nie tknie pizzy. Rozgrzany ser, przypieczona starawa wędlina, dziwny aromat sosu, zmieszane z zapachem ciast, kawy, kremów, majonezu, perfum, przemyconego piwa i spoconych ciał. Muzyka łomotała coraz głośniej, serce Wiktorii też, bo Kacper nie zjawiał się i nie zjawiał. Nawet Zuzki nie było, a telefony obojga milczały. Dobrze, że chociaż Rafał przyszedł.
Wiktoria wypytywała go o Kacprowy szlaban, ale Rafał zrobił wielkie oczy. Widzieli się parę dni temu na czacie, nawet grali razem online. Kacpi nic nie mówił, że ma kłopoty.
Dziwne. Skoro Rafał, przecież kolega z ławki, o niczym nie wie, to skąd dowiedziała się Zuzka?
Czas dłużył się niemiłosiernie, nadzieja na niespodziankę słabła z każdą godziną. Wiktoria marzyła, żeby wrócić już do domu i zakopać się pod kołdrą; tata zostawił jej pieniądze na taksówkę. Powstrzymywała ją tylko nadzieja, że Kacper jednak przyjdzie.
Po jedenastej poczuła, że dłużej tego nie wytrzyma. Cokolwiek Kacper szykował (o ile w ogóle), nie powinien jej tak długo przetrzymywać. Nie robi się takich rzeczy swojej dziewczynie.
Choćby teraz wjechał srebrnym rolls-royce’em i wręczył jej bilety na wspólną podróż dookoła świata, Wiktoria najpierw się na niego obrazi. Tak postanowiła.

6.
Zbliżała się północ. Marcin oderwał się od monitora.
– Fajny wieczór, nie?
Marta przetarła oczy. Trochę przysnęła.
– Ech, ty mój śpioszku. – Usiadł obok. Przytulił. – Wiesz... chyba cię kocham.
Zamarła, nie wiedząc, czy powinna się zirytować za „chyba”, czy ucieszyć z „kocham”.
Kanonada za oknami się wzmogła, niebo pojaśniało, jak w dzień.
– Mamy nowy rok – mruknął Marcin. – Co byś powiedziała na to, żeby okazał się dla nas szczególny? – Wziął ją za rękę i podprowadził do okna. Kolorowe pióropusze, kwiaty i smugi wykwitały na niebie, anonsowane ogłuszającym hukiem. – Widzisz? Wcale nie trzeba kupować fajerwerków. Inni frajerzy zrobili to za nas.
Milczała. Marcin sięgnął do wewnętrznej kieszeni bluzy.
– No więc... – nagabywał, nie wyjmując ręki zza pazuchy. – Chciałabyś, żeby ten rok był inny niż dotychczasowe?
Marta poczuła, że serce wali jej jak oszalałe.
– Tak sobie myślałem ostatnio... – szepnął. – Wpadamy w rutynę. Praca, dom, kolacja, komputer i do łóżka, praca, dom, kolacja, komputer i do łóżka... Czas nam przecieka przez palce, nie?
Skinęła głową. Wyjął rękę z kieszeni. Objął twarz Marty obiema dłońmi, przesunął na jej włosy, szyję, zatrzymał się na ramionach. Spojrzeli sobie w oczy.
– Pamiętasz, jak się poznaliśmy?
Uśmiechnęła się. Jak mogłaby zapomnieć?
Wracała z zajęć przez park Sołacki, rozmyślając o właśnie napisanym teście. Wszystko pachniało i kwitło, szalał maj, a ona miała w głowie tylko to nieszczęsne kolokwium. Zatrzymała się, by zajrzeć do skryptu, i wtedy niebo zwaliło się na nią. Niemal zaryła nosem w kępę tulipanów.
– Nic ci się nie stało? – Chłopak w niebieskim dresie przytrzymał ją, zanim na dobre upadła na rabatkę. – Nie zdążyłem wyhamować. Tak to jest, tej, jak się biega ze słuchawkami.
– Nie... – wybąkała, trochę oszołomiona. – To znaczy...
Pomógł jej wstać, otrzepać spodnie z ziemi. Przyglądała mu się ukradkiem. Wysoki, dobrze zbudowany blondyn. Nie za gruby, nie za chudy... W sam raz. Przystojny. Bardzo przystojny. To ją peszyło. Chłopak pozbierał połamane tulipany i wręczył jej.
– Są lekko ranne – powiedział z uśmiechem. – Kiedy je wstawisz do wody, powinny dojść do siebie. Trochę to nieprzyzwoite, kraść kwiaty z klombu, ale lepsze, niż gdybyśmy je zostawili, żeby zwiędły, prawda?
„Taki ładny chłopak na pewno ma dziewczynę” – pomyślała z żalem. Usiłowała powiedzieć coś błyskotliwego, ale w głowie miała kompletną pustkę.
– Jestem Marcin. Chodźmy, zanim ktoś nas oskarży o wandalizm. No, nie bądź zła – mylnie zinterpretował jej milczenie – przeprosiłem przecież.
– Przeprosiny przyjęte – wydukała, choć nie mogła przypomnieć sobie momentu, w którym ją przepraszał, i to skonfundowało ją jeszcze bardziej.
– Mieszkasz tu niedaleko? – dopytywał się. – Może cię odprowadzę, na wszelki wypadek? Wiesz, z powodu wypadku i upadku, tej.
Pozwoliła się odprowadzić, nawet zaprosiła go na kawę. Potem na kolejną i własnoręcznie upieczone ciasto.
A teraz stali naprzeciwko siebie, mając za sobą sześć lat wspólnego życia. Marcin znów sięgnął w zanadrze. Co wyciągnie? Marta nieoczekiwanie poczuła strach. Czy chce spędzić resztę życia z takim centusiem? Czy chce, by kolejne sylwestry wyglądały jak dwa ostatnie?
Ma dwadzieścia sześć lat. Prawie dwadzieścia siedem. Czy znajdzie kogoś lepszego, jeśli teraz powie: „nie”?
Ziewnęła ze zdenerwowania. Zawsze reagowała sennością na stres. Lekarz powiedział, że zalicza się do tak zwanych hiperslipników i jej reakcja jest równie typowa, jak u innych obgryzanie paznokci.
Marcin się uśmiechnął.
– Masz rację. Zrobiło się strasznie późno – stwierdził i też ziewnął. – Idziemy spać! Wszystkiego dobrego w nowym roku.
– Wszystkiego dobrego. Ale... Wydawało mi się, że chciałeś coś ważnego powiedzieć – odważyła się.
– Jutro ci powiem – szepnął i delikatnie ją pocałował. Lubiła, gdy całował ją w ten sposób, ale teraz była zbyt zdenerwowana, by to docenić. Spróbowała opanować kolejne ziewnięcie. Miała nadzieję, że zdoła dojść do łóżka i się położyć, zanim zaśnie.


Środa, 1 stycznia 2014

1.
Wiktoria z ulgą zrzuciła z nóg ubłocone buty. Całe szczęście, że jednak wzięła kozaczki na zmianę. Nie dałaby rady pokonać w szpilkach drogi do domu.
Uciekła stamtąd równo o północy, jak Kopciuszek, bo Kacpi się nie zjawił, a ją przeraziła myśl, że zaraz wszyscy zaczną sobie składać życzenia, obściskiwać się, może nawet całować.
Wybiegła z lokalu, minęła stojące nieopodal taksówki i pognała dalej, na przemian klnąc i szlochając. I tak wszystko zagłuszała kanonada.
Dopiero w połowie drogi uświadomiła sobie, że rodzice wyraźnie prosili, by nie wracała samotnie do domu, ale osiedle już było widać, nie opłacało się dzwonić po taksówkę. Zresztą pewnie wszystkie teraz zajęte.
Poczuła w kieszeni wibracje telefonu. Nareszcie! Trzęsącymi się rękami wyszarpywała komórkę z zakamarków płaszcza. O mało jej nie upuściła. SMS! Dwa SMS-y!
Jeden był od rodziców, a drugi od Marty.
Nawet jej się nie chciało czytać. Życzenia. Dobrze, że wracała sama, bo rozpłakała się w głos. Szła ulicą, pozwalając, by wylewały się z niej nagromadzone emocje, i kiedy dotarła do swojego bloku, czuła już tylko zmęczenie.
Dom zastała pusty i cichy. Rodzice jeszcze nie wrócili ze swojej imprezy i na pewno nie dotrą wcześniej niż nad ranem.
Zawsze tak było. Tata nieśmiało sugerował, że może tym razem zostaliby w domu, ale mama twierdziła, że nowy rok się nie uda, jeśli człowiek porządnie się nie wytańczy.
Wiktoria odłożyła podeptane pantofelki do pudełka (mężczyźni powinni mieć w butach czujniki parkowania, tak jak niektóre samochody), ściągnęła sukienkę i weszła pod prysznic.
Gdyby Kacper nie zniknął, pewnie urwaliby się z imprezy razem, może nawet przed północą, i teraz czekałby w jej pokoju, a ona wreszcie by się zdecydowała... Nikt by im nie przeszkodził.
„Gdzie jesteś, Kacpi? Co się z tobą dzieje? Tęsknię...”.

2.
Kiedy Marta obudziła się w noworoczny poranek – no dobrze, w noworoczne przedpołudnie – Marcin jeszcze spał.
Cicho wyślizgnęła się z łóżka. Zawahała się, zerkając na śpiącego, a potem ostrożnie pomacała jego bluzę. W kieszeniach coś się kłębiło, choć raczej były to muterki, śrubki, drobne monety, stare pestki słonecznika albo inne śmieci.
A może jednak jest tam maleńkie kółeczko z oczkiem? Z pewnością bardzo skromne, Marcin nie lubił wydawać pieniędzy na bzdury.
„Bzdury?! – zreflektowała się. – Już zaczynasz myśleć tak jak on”.
Na palcach wyszła z sypialni.

„A gdyby powiedzieć: »nie«? – zastanawiała się, myjąc zęby. – Może to ostatnia chwila, by coś zmienić w życiu? – Uśmiechnęła się do swego odbicia ustami pełnymi piany. – Ale miałby minę, gdybym po sześciu latach nagle kazała mu się pakować razem z tym jego tandetnym pierścionkiem!”.
Szorowała zęby chyba z dziesięć minut, jakby chciała usunąć całą gorycz tego uśmiechu, potem weszła pod prysznic, ale nic nie pomogło. Wiedziała, że nie zdobędzie się na odmowę. Była beznadziejna. Kiedy Marcin wręczy jej pierścionek, uda zachwyt, nawet jeśli kompletnie nie trafi w jej gust. Potem pochwali się na Facebooku, przyjmie gratulacje (no, to akurat będzie przyjemne), a w końcu grzecznie zostanie panią Marcinową. Urodzi mu dzieci...
Przez kilka lat na myśl o dzieciach robiło jej się niedobrze. Wystarczy, że musiała opiekować się smarkulą, często kosztem własnych spraw. Ale ostatnio... jakby trochę zaczynała tęsknić do małego potworka biegającego po domu. Kiedy Wiki nie miała więcej niż sześć latek, była nawet fajna, taka przylepa...

3.
Wiktoria obudziła się wcześniej niż siostra. Już o dziewiątej otworzyła oczy i od razu sięgnęła po komórkę. Oprócz tamtych dwóch SMS-ów nic więcej nie przyszło. Wybrała numer Kacpra. Abonent niedostępny.
Weszła na stronę jego ulubionej gry, by sprawdzić, kiedy się logował: „2 days ago”. Czyli Zuza mówiła prawdę. Ale dlaczego nikt ze znajomych tego nie potwierdził?
„Kacpi, jesteś?” – wpisała pytanie na Facebooku i otrzymała informację:
Jeden lub więcej niepoprawnych odbiorców. Spróbuj ponownie.
Komórka Zuzy też wyłączona. O wpół do dziesiątej? Przecież chyba już nie śpi?
Wiktoria wróciła do łóżka, nakryła głowę kołdrą i pozostała w odrętwieniu, dopóki mama nie zajrzała do jej pokoju.
– Widzę, że jednak dobrze się bawiłaś! – stwierdziła z zadowoleniem. – Ale pora wstawać, niedługo południe. Robię żurek, pośpiesz się.
Stuknęły drzwi. Wyszła.
Wiktoria namacała komórkę. Znów wybrała numer Kacpra. Bez efektu. Powtórzyła jeszcze raz. I jeszcze. Przy piętnastej próbie telefon piknął i się wyłączył. Ze złością cisnęła go na łóżko, po czym powlokła się do kuchni, ale zawróciła z przedpokoju. Podłączyła telefon do ładowarki. Może jednak Kacpi się odezwie? Albo chociaż Zuza?

4.
Gdy Marta wyszła z łazienki, od razu dotarły do niej odgłosy gry komputerowej. Tym razem GTA, rozpoznała bezbłędnie. Zgrzytnęła zębami ze złości.
Marcin siedział w piżamie przed monitorem, pochłonięty rozgrywką. Nawet nie odwrócił głowy, gdy ubierała się w jego polu widzenia, a celowo robiła to powoli, długo wybierając odpowiednią bieliznę. I ona ma spędzić z tym człowiekiem całe życie?!
– Rozumiem, że tak wyglądają twoje plany na dziś? – rzuciła chłodno. – Śniadanie też jesz wirtualne?
Zareagował dopiero po chwili.
– Śniadanie? Tak, chętnie. – I znowu pogrążył się w świecie gangsterów. Miała ochotę go udusić.
Włożyła gruby sweter i ruszyła do przedpokoju. Zatrzymała się w drzwiach. Przez chwilę patrzyła, jak Marcin pędzi kradzionym samochodem przez wirtualne miasto.
– Jadę do rodziców.
Sięgnęła po kurtkę i cicho wyszła. Miała ochotę trzasnąć drzwiami, ale przecież mieszkanie było wynajęte.
Dojeżdżała już do Gniezna, gdy odezwała się jej komórka. Marcin!
– Tak?
– Przszbrzszdż szpszpszrzy?
– Nic nie słyszę. – Zatkała drugie ucho. – Powtórz!
– Gdż pszsz?
– Czekaj! – Wyjrzała przez okno. – Zadzwoń za dziesięć minut, bo tu coś przerywa.
Wychodziła z dworca, kiedy znów usłyszała znajomą melodyjkę.
– No, hej, Tuśka, gdzie zniknęłaś? Nawet nie zauważyłem kiedy.
– Nic dziwnego, akurat kradłeś auto.
– Co?! A! – Roześmiał się. – Co miałem robić, jak łazienka była zajęta? Zresztą to pożegnalne GTA. Nowy rok. Czas na zmiany, nie?
– To znaczy na nową grę? Co tym razem?
– Nie dąsaj się, tylko wracaj do domu. Mam niespodziankę.
Serce zabiło jej mocniej. Czyżby...? Wzięła głęboki oddech i wycedziła możliwie niedbałym tonem:
– Przykro mi bardzo, ale jestem w Gnieźnie.
– W Gnieźnie?! No weź! Na długo?
Milczała, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Może Marcin się wystraszy, że odeszła?
– Sam mówisz, że czas na zmiany.
– Jakie? – Wyraźnie się najeżył.
Uśmiechnęła się z satysfakcją.
– Jeśli ci bardzo zależy... – Cofnęła się do budynku dworca, by sprawdzić połączenia do Poznania. – To ostatecznie... – przeciągała sylaby – ...ostatecznie... Mogę wrócić dziś. Ale musisz wyjść po mnie na dworzec!
– Wyjdę – zapewnił żarliwie. – O której?
– O osiemnastej pięćdziesiąt dwie.
– Łe, czemu tak późno?
– Późno? Planowałam wracać jutro albo nawet w przyszłym tygodniu – skłamała. – Muszę przecież pobyć trochę w domu, nie?
– Ciągle tam jeździsz, tej. A ja tęsknię.
Zawahała się. Najbliższy powrotny za czterdzieści minut. A co tam! Rodziców odwiedzi innym razem. I tak się jej nie spodziewają. A smarkula pewnie grucha z tym swoim, jak mu tam, Kacprem.
– Właściwie... mogłabym być już o szesnastej piętnaście.

5.
Marcin wpadł na dworzec w ostatniej chwili i przez całą drogę do domu prawie się nie odzywał. Dopiero gdy weszli do środka, przycisnął Martę do siebie i spytał:
– Jesteś głodna? Zrobiłem paellę. Właśnie dochodzi.
Paella (niespecjalnie ortodoksyjna) była popisowym daniem Marcina, ale przygotowywał ją tylko na specjalne okazje. Powinna się cieszyć czy bać?
– Pożegnalną – dorzucił.
Pożegnalną? Odwróciła się w stronę wieszaka, by ukryć ziewnięcie. Do czego on zmierza?
– Napiłabym się kawy.
– Będzie i kawa.
Wyciągnął danie z piekarnika i poprowadził Martę do pokoju. Czuła coraz większe zdenerwowanie, zwłaszcza gdy zobaczyła świąteczny obrus na stole, świece, serwetki, talerze od kompletu, kieliszki, butelkę czerwonego wina...
Marcin zapalił świece. Usiedli.
– Pamiętasz, jak się poznaliśmy? – powtórzył pytanie z poprzedniego wieczora. Nałożył sobie ryżu i zaczął jeść.
Czuła, że niczego nie przełknie, ale włożyła sobie odrobinę na talerz. Marcin nalał im obojgu wina.
– Pamiętasz? – powtórzył.
– Oczywiście. O mało mnie nie rozdeptałeś.
– A potem znów wpadliśmy na siebie. Wcześniej biegałaś rano, a ja po południu, dlatego się nie spotykaliśmy...
Leciutko się uśmiechnęła. Jedyne poranne biegi, jakie wtedy uprawiała, to biegi do autobusu. Ale Marcin nie musiał wiedzieć, że specjalnie dla niego kupiła gustowny dres i zaczęła truchtać po parku Sołackim w nadziei, że znów się zobaczą.
– Fajnie się razem biegało. Szkoda, że potem się rozlazło.
– Za ostro trenowałeś i nabawiłam się przy tobie kontuzji – przypomniała czym prędzej. Nienawidziła tego stanu, gdy brakuje powietrza, w płucach kłuje, a człowiek, choćby bardzo chciał, zostaje w tyle. Jakby oblepiał go kisiel. – Nie wolno mi już biegać.
Kontuzja była udawana. To znaczy na początku rzeczywiście pojawił się problem z nogą, ale lekarz, o zgrozo, powiedział, że krótka przerwa i odpowiednie ćwiczenia pozwolą jej niedługo wrócić do joggingu. Całe szczęście, że Marcin tego nie słyszał. Leki wykupili razem, zwolnienie i skierowanie na zabiegi też wzięła, ale o tym, że „do wesela się zagoi”, jej chłopak już wiedzieć nie musiał.
Przez cały okres „rekonwalescencji” bardzo się o nią troszczył. Odwiedzał niemal codziennie, robił zakupy, żeby nie musiała obciążać „chorej” nogi, odwoził na rehabilitację. Co prawda tylko autobusem, ale przyjemnie było wspierać się na silnym męskim ramieniu. Koleżanki, z którymi wynajmowała stancję, patrzyły z taką zazdrością, że Marta nie wtajemniczyła ich w intrygę i kuśtykała także w ich obecności. Na pewno któraś poczułaby się w obowiązku uświadomić Marcina, że jest oszukiwany.
Oszukiwany? Marta po prostu zgrabnie wymiksowała się z sytuacji, którą musiała stworzyć, by zdobyć chłopaka. Krzywda mu się przez to nie stała.
– Czy ty mnie słuchasz? – Głos Marcina wyrwał ją ze wspomnień. – I kolacji prawie nie ruszyłaś.
– Jadłam w domu – skłamała. Szybko upiła łyk wina. – Powiesz mi w końcu, co to za niespodzianka?
– Właśnie mówiłem! – Spojrzał z wyrzutem, więc czym prędzej dodała:
– Wpadłam na chwilę w przeszłość i odpłynęłam. Rzadko który chłopak dobrze wygląda w dresie, musi być zbudowany jak Apollo. Ale tobie pasował. – Uśmiechnęła się do niego.
– No i dokładnie o tym mówię. Mój kaloryfer – pogładził się po brzuchu – pomału zmienia się w bojler, ty już nie możesz biegać...
– Ale przecież ty możesz! – przerwała. – Nie mam nic przeciwko temu, żebyś pobiegał rano i przy okazji przyniósł świeże pieczywo.
– Z pieczywem koniec. Odstawiamy ziemniaki, makarony, chleb, ryż i inne takie.
– Odstawiamy? – Poczuła się dotknięta. Czyżby uznał, że jest za gruba?
– Dlatego najedz się, bo od jutra zaczynamy dietę. Warzywa, owoce, chudy nabiał i dużo, dużo ćwiczeń.
– Jakich ćwiczeń?
Uśmiechnął się jak sztukmistrz, który zaraz wyjmie królika z kapelusza.
– I to właśnie jest moja niespodzianka. Ostatnio ciągle się mijamy. Oddalamy od siebie. Praca, komputer i spać. Chcę, aby w tym roku wreszcie to się zmieniło. Dlatego – sięgnął do wewnętrznej kieszeni – chciałbym... to znaczy...
Czuła, że za chwilę usłyszy coś, po czym albo wybuchnie histerycznym śmiechem, albo się rozpłacze.
– ...mam zamiar się odchudzać, trochę przypakować, poruszać się i bardzo chciałbym, żebyś mi w tym towarzyszyła – wyrzucił z siebie. – Samemu trudno się zmobilizować. No i zyskamy okazję, by spędzać ze sobą więcej czasu. – Wyjął z kieszeni coś, co wyglądało jak dwie karty kredytowe. – To dla ciebie.
W milczeniu wpatrywała się w prostokątny kawałek plastiku. Roczny karnet na siłownię.

ROZDZIAŁ II
Czwartek, 2 stycznia

1.
Technikum informatyczne Kacpra było oddalone od liceum Wiktorii o niecałe pięć minut, ale od września ciągle się mijali. Kiedy ona kończyła lekcje, on dopiero zaczynał. Kiedy miała dużą przerwę, podczas której, tak jak w pierwszej klasie, mogliby do siebie przybiec, spotkać się gdzieś w połowie drogi, choćby na krótki pocałunek, na wspólną pitę w barze, Kacpra jeszcze nie było w szkole. Kiedy jemu wypadała duża przerwa, jego dziewczyna już od dawna siedziała w domu nad lekcjami.
Na początku prosto ze szkoły Kacper jechał do Wiktorii zamiast do domu. Wieczory były długie, ciepłe, spacer w zapadającym zmroku tylko dodawał romantyzmu ich randkom.
Problemy zaczęły się z pierwszymi szarugami. Ile można siedzieć w pokoju, mając za ścianą rodziców, nawet bardzo życzliwych? Tak życzliwych, że co chwilę proponowali a to kanapki, a to herbatę...
Gdyby nie telefony, chybaby już dawno oboje zwariowali z tęsknoty.
– Nie odezwał się? – Zuzka podeszła do Wiktorii, wpatrzonej w prześwitujący między drzewami budynek technikum.
Wiki pokręciła głową.
– To już chyba koniec... – szepnęła przez ściśnięte gardło. – Albo coś mu się stało, albo... – Z trudem powstrzymała pchające się do oczu łzy. – Gdyby mu zależało... Nawet jeśli nie może dzwonić, przecież by przyszedł, nie?
– A tobie? Ciągle ci na nim zależy?
– Zuzka, skąd ty właściwie wiesz o szlabanie? Kto ci powiedział?
– Jego mama.
Wiktoria spojrzała ze zdziwieniem. Zuza się uśmiechnęła.
– Wyszukałam w necie numer kwiaciarni jego starych, zadzwoniłam, odebrała matka, to się przedstawiłam i powiedziałam, że nie mogę się z nim skontaktować. Resztę znasz.

2.
– Smoczyca cię wzywa. – Agnieszka położyła na biurku Marty stos raportów. – I lepiej idź od razu, bo wygląda na nabuzowaną. Objechała mnie, że za mało kart sprzedałam, a Paulina na dziesięć kredytów minimum pięć kart i cztery ubezpieczenia, nie wiem, jak ona to robi, dupą chyba. No co ja poradzę, że klienci chcą brać tylko goły kredyt? Nie zmuszę przecież? Pewnie się szefowej sylwester nie udał.
– Nie tylko jej – mruknęła Marta pod nosem, ale tak, by koleżanka nie usłyszała. Po co ma plotkować?
Uśpiła komputer (ostrożności nigdy za wiele) i ruszyła do gabinetu szefowej. Po drodze minęła się z Norbertem, który właśnie stamtąd wychodził. Otaksował ją wzrokiem.
– I jak, dobrze się bawiłaś w sylwestra?
– Wspaniale! – Nawet zdołała się uśmiechnąć. Po czym znów ją zablokowało, bo nie wiedziała, czy powinna teraz wymyślać jakieś szczegóły, czy może to był pretekst do rozpoczęcia rozmowy.
– Panie prokurencie... – Nie wiadomo skąd zjawiła się Paulina. – Gdyby mógł pan zerknąć na te wnioski...
– Oczywiście, oczywiście!
Marta ze zdumieniem zauważyła, że Norbert przepuszcza Paulinę w drzwiach. Wobec innych kobiet pracujących w firmie nie był taki szarmancki. Oboje zniknęli w jego pokoju.
– No, jesteś wreszcie! – Agnieszka miała rację, Smoczyca najwyraźniej wstała z łóżka obiema lewymi nogami. – Dwa tysiące czternasty się zaczął!
– Tak. – Marta trochę zbaraniała, ale strategia przytakiwania sprawdzała się zawsze.
– A ty masz zaległy urlop! Mówiłaś, że weźmiesz przynajmniej połowę jeszcze przed końcem roku!
No tak, obiecywała. Miała nadzieję na romantyczny wyjazd z Marcinem. Majorka albo Teneryfa. A może Tajlandia? Marcin się zgodził, nawet znalazł jakąś grę z wirtualnym pościgiem po Bangkoku i snuł wizje, jak im będzie cudownie, gdy pojadą. Ale pod koniec listopada jego firma dostała duże zlecenie reklamowe i o urlopie mógł zapomnieć. „W życiu piękne są tylko skille” – próbował ją pocieszyć.
Przez cały rok tak się mijali.
Nie wiedziała, co powiedzieć, ale szefowa chyba nie czekała na wyjaśnienia.
– Ta cholerna kadrowa znowu się czepia – warknęła i wypuściła nosem duży kłąb dymu. Kamila się zaklinała, że widziała na własne oczy, jak kiedyś ogień buchnął Smoczycy z paszczy. Ale Kamila była wtedy na kacu, a szefowa megawściekła. – MASZ iść na urlop – syknęła – bo inaczej firma będzie musiała wypłacić ekwiwalent, a na to sobie tutaj nikt nie może pozwolić. Rozumiemy się?
– Ale teraz? – jęknęła Marta. – Nie pasuje mi. Mam strasznie dużo roboty.
Szefowa sięgnęła po zapalniczkę, przez chwilę bawiła się płomieniem.
– Czy ja ci bronię chodzić do pracy? – Zapaliła papierosa i zaciągnęła się aż do pięt. – Chodzi tylko o ten cholerny urlop! Musi być porządek w papierach.
„I dlatego mam marnować swój wolny czas? Jeszcze czego!” – oburzyła się Marta, ale głośno powiedziała, starając się przybrać pojednawczy ton:
– Posprawdzam biura podróży i dam znać, dobrze? Wezmę ten urlop tak szybko, jak się da, ale MUSZĘ gdzieś wyjechać.
– Musisz? – Kłęby dymu spowiły Martę jak macki ośmiornicy, czub na głowie szefowej zatrząsł się złowrogo.
– Muszę – odparła odważnie. – Każdy kiedyś potrzebuje odpocząć, ja też. A żeby odpocząć, trzeba zmienić otoczenie. Inaczej zamiast na urlopie wyląduję na zwolnieniu i dopiero zrobi się kaszana z KOLEJNYM zaległym urlopem.
– Masz szczęście, Marta, że cię lubię – fuknęła Smoczyca – ale uważaj, żebyś w ostatecznym efekcie nie wylądowała gdzieś indziej. Na przykład na zasiłku. Ja od dziesięciu lat jestem w pracy w piątek, świątek i niedzielę, a jak widzisz, nie zapadam na zdrowiu. Odpoczynek jest dla mięczaków.
– Lepszy zasiłek niż renta – odcięła się Marta. A szefowa wybuchnęła tubalnym śmiechem, który zaraz przeszedł w kaszel.


Darmowy fragment pochodzi STĄD.


Książka znajduje się w szkolnej bibliotece.


piątek, 19 maja 2017

Sekretne życie drzew - Peter Wohlleben

Peter Wohlleben jest leśnikiem, praktykiem, człowiekiem, który zna las i jego mieszkańców - drzewa oraz żyjące tam zwierzęta (właśnie pojawiła się kolejna książka autora "Duchowe życie zwierząt"). Jednoczenie to człowiek o dogłębnej wiedzy teoretycznej, solidnie przygotowany do wykonywania swojego zawodu, a przede wszystkim, co niezmiernie cenne - cechujący się nieszablonowym sposobem myślenia. 
To, co autor opisał w swojej książce, podczas moich studiów biologicznych mieściło się w zakresie przedmiotu o nazwie - fitosocjologia, (wybrałam jako  specjalność ekologię).
Sama fitosocjologia jednak, co prawda szalenie fascynująca, podana w sposób naukowy niekoniecznie musi zainteresować nie-biologa, człowieka, który lubi przebywać w lesie, spacerować, zbierać grzyby, ale nie ma zamiaru studiować nudnych, pełnych naukowego żargonu dzieł. Natomiast książka Petera Wohllebena nieco uczłowiecza drzewa, przez co stają się one fascynującymi bohaterami. Jednocześnie autor nie posuwa się w personifikowaniu roślin zbyt daleko, nie przekracza granicy infantylizmu. Od samego początku aż po ostatni rozdział mamy świadomość, że istnieje rodzaj umowy pomiędzy autorem, a czytelnikiem, umowy, która czyni z książki, było-nie było przyrodniczej, kawał świetnej literatury.

I tak, śledząc "przygody" drzew, zupełnie niechcący wchodzimy w posiadanie potężnej dawki wiedzy na temat fitosocjologii. Tak, brakuje nam po jej lekturze znajomości trudnych i zawiłych terminów naukowych, które nazywają opisane zjawiska, ale czy jest nam to niezbędnie konieczne? Rzecz nie tkwi w terminologii, a w rozumieniu skomplikowanych powiązań pomiędzy roślinami, a na te właśnie powiązania, autor otwiera nam oczy. 
Piękny język i ciekawa tematyka czynią tę książkę smakowitym kąskiem dla miłośników lasu i jego uroków o każdej porze roku.  Świadomość, że wiedza, którą prezentuje nam w przepięknej formie niemiecki leśnik jest najwyższej próby, tym bardziej może zachęcić do sięgnięcia po tę pozycję.

Książki wysłuchałam w formie audiobooka. Czytał Stanisław Biczysko. Świetnie! Polecam tym, którzy lubią, gdy ktoś im czyta, opowiada, gawędzi. Widziałam także wersję papierową ilustrowaną, doskonałą dla miłośników książek z fotografiami, przy czym wersja podstawowa, że tak powiem, jest także wydana bardzo, bardzo pięknie.

Sekretne życie drzew [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I SłUCHAJ ONLINE

Polecam książkę, bardzo gorąco, szczególnie teraz, gdy nie do końca wiemy, czy to dobrze, że drzewa są wycinane czy niedobrze (tak, tak, niektórzy mają taki dylemat). Polecam każdemu, w każdym wieku i każdym rodzajem wykształcenia!


Sekretne życie drzew [Peter Wohlleben]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


Peter Wohlleben [źródło]
 Sekretne życie drzew - audiobook
Peter Wohlleben
Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
Czyta: Stanisław Biczysko
Tłumacz: Ewa Kochanowska
ISBN: 978-83-8082-086-9
Język: Polski
Data wydania: 2 listopada 2016

Peter Wohlleben urodził się w Bonn, w 1964. Jest niemieckim leśnikiem (opiekuje się lasami w Reńskich Górach Łupkowych) i autorem książek, w których podejmuje tematy ekologiczne. 
"Jego książka stała się światowym bestsellerem i została przetłumaczona na kilkadziesiąt języków. Jak podkreślił jej autor, sukces książki go zaskoczył. - Jestem przede wszystkim leśniczym. Zająłem się pisaniem tylko dlatego, że moja żona zasugerowała, żebym spisał to, co opowiadam turystom podczas moich wędrówek – wyjaśnił Wohlleben." [link]

wtorek, 16 maja 2017

Dwie Marysie - Ewa Nowak

On zza mórz przyzywa burze,
By mu szlak kreśliły w toni,
Ona wdycha z linii dłoni
Bukiet tęsknot i odurzeń.
On zza mórz przyzywa burze.

Jacek Kaczmarski, Księżniczka i pirat…


Prolog

Marysia Gwidosz miała zamiar wreszcie wyspać się do woli. Niestety, zapomniała uzgodnić swoje plany z firmą strzygącą trawniki na terenie Spółdzielni Mieszkaniowej Bródno. W wyniku braku wspomnianych uzgodnień o godzinie siódmej czterdzieści tuż pod otwartymi oknami mieszkania Gwidoszów pracownicy firmy Trawpol włączyli dwie kosiarki spalinowe.
Rodzina Gwidoszów od wielu lat mieszkała w tym samym miejscu i nie było to pierwsze koszenie trawy o świcie (dla Marysi w dni powszednie świt kończy się około godziny dziewiątej, a w soboty i święta trwa do dwunastej). Wiele razy Marysia zastanawiała się, skąd ci opaleni na brąz, muskularni panowie dowiadują się, kiedy ona śpi, potrzebuje spokoju lub chce oglądać film. Bo to, że się jakoś dowiadywali, jest pewne. Koszenie trawnika pod oknami jej mieszkania nie zdarzało się, kiedy znajdowała się poza domem, było za to zawsze idealnie zsynchronizowane z jej potrzebą ciszy lub snu.
– Co za kretyni koszą o tej porze?! Ludzie, jest sobota! – zaczęła krzyczeć.
Było to zachowanie mało rozsądne, bo przecież jej głos nie zdołałby się przebić przez warkot kosiarki. Osiągnęła tylko tyle, że obudziła swoją młodszą siostrę.
Celina Gwidosz, lat jedenaście, mimo że dawno pożegnała okres niemowlęcy, zachowała cudowną właściwość: mogła jak noworodek spać wszędzie i w każdych warunkach, ale bez przesady oczywiście.
Otworzyła oczy. Zarejestrowała to, co konieczne, czyli że jej siostrze nic nie jest, nie wzywa pomocy i nie umiera, tylko wydziera się na mało zrozumiały temat.
– Zabiłabym ich gołymi rękami! Psychole! – syczała Marysia, rzucając się w pościeli.
– Kogo? – zapytała Celinka.
Nie była za bardzo zainteresowana odpowiedzią. Zapytała, bo kochała siostrę i czuła, że Marysia chce, żeby jej zadać to pytanie.
– Tych bestialskich kosiarzy! Dobrze, że nie mam żadnej władzy, bo pozabijałabym wszystkich.
– Wszystkich? – Celinka uśmiechnęła się pod nosem. – Brat Bartka Karasia jest konserwatorem trawników.
– A wiesz, co mnie obchodzi brat Karasia czy innej Płoci?! Jeśli jest kosiarzem, zasługuje na śmierć. Śmierć kosiarzom! – wrzasnęła w stronę okna. – Za jakie grzechy ja muszę to znosić?
– O co ci chodzi? Pokoszą i przestaną – powiedziała Celinka, ale tą opinią nie zjednała sobie siostry, która wsadziła głowę pod poduszkę i kopała nogami materac.
Zapach skoszonej wiosennej trawy był zniewalający. W odróżnieniu od siostry Celinka bardzo lubiła kosiarzy. Podobała jej się ich praca. Zawsze byli opaleni, nosili spodnie na szelkach, a na głowach często mieli fajne kolorowe arafatki albo chustki. Krzyczeli głośno, no i mieli superkosiarki. Tego roku koszenie szczególnie interesowało Celinkę, bo brat Bartka Karasia właśnie tym się parał. A poza tym było to pierwsze koszenie w sezonie, więc jeszcze się nie nasyciła zapachem, a hałas jej nie przeszkadzał.
Celinka otworzyła okno na oścież i przyglądała się obu kosiarzom pod kątem podobieństwa do Bartka Karasia.
– Ale super pachnie, prawda? – Zaciągnęła się trawiastym zapachem.
– Zamknij okno! – wrzasnęła Marysia. – Jesteś dzieckiem anormalnym. Wyjdź za rolnika, będziesz o trzeciej dwadzieścia krowy ganiać na pole!
– Rozważam to – mruknęła Celinka i zamknęła okno.
– No nie, to jest chore. Jeszcze nie ma ósmej!
Do pokoju weszła Joanna Gwidosz, lat pięćdziesiąt, mama dziewczynek i dwójki dorosłych i już niemieszkających z rodzicami dzieci, Malwiny i Kuby.
– Przestań krzyczeć, bo obudzisz tatę.
Marysia chciała powiedzieć, że to niemożliwe, żeby ktoś był w stanie spać w tych warunkach, ale mama ją ubiegła.
– Marysiu, taki już urok kwietnia. Wiosna, panie sierżancie!
Wydawało jej się, że w ten sposób rozładuje atmosferę, ale pod wpływem miażdżącego spojrzenia córki dodała innym już tonem:
– Czego nie można zmienić, trzeba zaakceptować. Widzimy świat przez pryzmat własnych emocji. Zmień emocje, zmieni się rzeczywistość.
– Co to za teksty, mamo? Lamus się o nie pyta. To są, z przeproszeniem, gigachrzany.
Marysia wzięła przygotowany przez mamę kubek kakao i już miała się napić, ale nagle odsunęła go gwałtownie.
– Nienawidzę kożuchów. Obrzydliwość! – Spojrzała na siostrę, która z lubością przełykała kożuch. – Jak niski próg wrażliwości trzeba mieć, żeby móc to pić!
Z furią wcisnęła stopy w rozdeptane kapcie i wyszła z pokoju.
Mama odprowadziła ją wzrokiem, a potem spojrzała na Celinkę. Najmłodsza córka miała wielkie niebieskie oczy, które wbiła w matkę. Joannie zrobiło się żal dziecka.
– Nie przejmuj się nią, kochanie.
– Czym mam się przejmować? – Celinka wzruszyła ramionami. – Będzie więcej dla nas.

Prysznic poprawił nieco podły nastrój Marysi. Ciepła woda oraz aromaterapeutyczny zapach żelu limonkowo-migdałowego nieco ukoiły jej skołatane nerwy.
Kiedy Marysia wycierała mokre łydki i cichutko sobie podśpiewywała, do łazienki wszedł Pies, czyli najstarszy kot Gwidoszów. Jak w wielu domach, w których mieszkają koty, kratka w drzwiach łazienkowych była na stałe wyjęta, żeby zwierzęta miały swobodny dostęp do swojej toalety. Pies posłał Marysi ponaglające spojrzenie, ponieważ nie lubił korzystać z kuwety w obecności innych stworzeń.
– Nie możesz poczekać dwie minuty? I drugi przylazł? Kto was tu nasłał, co? Mamo!
Wołanie mamy w tej sytuacji nie było zbyt racjonalne, ale Marysią zawładnęły emocje.
– Kompletnie już zapomniałem, jak to się objawia – jęknął siedzący przy stole Mariusz Gwidosz. – Nie wiem, czy dam radę trzeci raz przez to przebrnąć. Myślałem, że przejdzie bokiem.
– Naiwność ludzka nie zna granic – powiedziała Joanna. – To nie burza.
– Ale jakoś późno tym razem, prawda?
– Rzeczywiście… Albo wcześniej nie było aż tak. Malwinka chyba pod koniec podstawówki, Kuba to już nie pamiętam, ale też było ostro. Przypomnij sobie, jak nie odzywał się do nas przez całe popołudnie, bo mu przerwałeś opowiadanie snu, albo jak się obraził na babcię, kiedy powiedziała, że ładny z niego chłopczyk.
Rodzice zachichotali.
– Damy radę, nie martw się. To tylko trzy, cztery lata.
– Asieńko, ty to umiesz człowieka pocieszyć. Cudowna perspektywa – niemal bezgłośnie wyszeptał Mariusz. – Cztery lata bez wyroku.
Celinka miała swoje miejsce przy stole. Nie było to miejsce przypadkowe. Celinka wybrała je z premedytacją, ponieważ znajdowało się najbliżej tostera. Proces opiekania fascynował ją od dłuższego czasu. Wsadzała tosty do opiekacza i włączała timer. Uwielbiała patrzeć, jak upieczone grzanki wyskakują w górę. Z niezrozumiałych dla siebie i innych powodów po prostu lubiła ten moment. Jednym uchem rejestrowała, że rodzice rozmawiają o czymś ciekawym, ale tosty były zawsze na pierwszym miejscu. Tym razem również poczekała, aż wyskoczą, i dopiero wtedy włączyła się do rozmowy.
– Czy chodzi o to, że ona ma okres dojrzewania? – zapytała, kładąc jednego tosta na talerzu mamy, a drugiego na talerzu taty.
– Cicho! – syknęli rodzice, z przerażeniem patrząc na drzwi.
– Nie mów garbatemu, że garbaty – szepnął Mariusz. – Potem ci wszystko wytłumaczę. Teraz zaklinam, żebyś pod żadnym pozorem nie wymawiała przy Marysi słowa „dojrzewanie”. To jest słowo zabronione.
– A kiedy konkretnie będę już mogła je wymawiać? – zapytała z dociekliwością właściwą dobrze rozwiniętym jedenastolatkom.
– Sama się zorientujesz.
– A jeśli się nie zorientuję sama? – Drążenie tematu to, obok dociekliwości, kolejna typowa cecha dziecka w tym wieku.
– To mnie zapytasz i ja ci wtedy powiem.
Taka odpowiedź satysfakcjonowała Celinkę. Wsadziła do opiekacza dwa kolejne tosty i spojrzała przez ramię na drzwi łazienki.
„Mamy w domu dwa koty – rozmyślała. – Kot jest stworzeniem żywym, a skoro żyje, musi sikać i robić kupę. Załatwia się do kuwety, która stoi w łazience. O co więc tyle rabanu?”.
– Czy on zawsze musi włazić, kiedy ja tu jestem? Zróbcie coś! – Marysia wypadła z łazienki.
– On tu mieszka od dwunastu lat – spokojnie powiedział Mariusz.
– Rany, o co tyle krzyku. Ja sprzątnę – zaoferowała się Celinka, nie odrywając wzroku od tostera.
Gdy kolejne dwie grzanki wyskoczyły gotowe do konsumpcji, zsunęła się z krzesła i ruszyła do łazienki. Nie lubiła sprzątać po kotach, ale była mądrym człowiekiem i wiedziała, że życie nie składa się tylko z tego, co lubimy. A to, czego nie lubimy, warto zrobić od razu i mieć z głowy.
Rodzice w milczeniu siedzieli przy stole. Ojciec, unikając wzroku córki, smarował razowy tost powidłami żurawinowymi, a mama wciskała cytrynę do zielonej herbaty. Ich milczenie zirytowało Marysię.
– Z wami da się pogadać od serca. Nie ma to jak zrozumienie, prawda? Dzięki za wsparcie – warknęła i poszła do pokoju.
Marysia naciągnęła na siebie dżinsy i bluzę. W zasadzie powinna zabrać się do lekcji, powinna też zacząć myśleć nad projektem na biologię. Dostała świetny temat: „Proces domestykacji”. Udomawianie zwierząt zawsze bardzo ją interesowało. Tak jak lubiła, temat był interdyscyplinarny – z pogranicza genetyki, psychologii zwierząt i fizjologii. Ameba postawiła sprawę jasno: na szóstkę trzeba zrobić projekt; kto chce, proszę bardzo, ona udostępnia tematy. Marysia miała z biologii piątkę zagwarantowaną, ale miło byłoby mieć szóstkę. Poza tym lubiła Amebę i biologię, może zresztą będzie studiować właśnie ten kierunek? A skoro chce iść na biologię, to nie ma co tracić czasu, trzeba się brać do roboty.
Spojrzała na zegarek i postanowiła, że posiedzi nad projektem przez dwie godziny. Nastawiła budzik w smartfonie, potem puściła cichutko Dziadka do orzechów, przy którym zawsze świetnie jej się pracowało, i zabrała się do zadania.
„Udomowienie zwierząt, czyli domestykacja, zaczęło się około piętnastu tysięcy lat temu. Spośród stu czterdziestu ośmiu tysięcy gatunków udało się do dziś udomowić zaledwie piętnaście. Pierwszy udomowiony przez człowieka gatunek to pies”.
Wybranie zdjęć psa zajęło Marysi masę czasu, bo nie mogła się zdecydować, czy na slajdzie umieścić baraszkującego w wodzie rottweilera, czy raczej wyżła na polowaniu. Bijąc się z myślami, mimowolnie spojrzała na śpiącą Łapę. Wzięła aparat i zrobiła jej zdjęcie. Tak, to był zdecydowanie dobry przykład ukazujący, jak daleko zaszedł proces domestykacji.
Nawet nie poczuła, kiedy minęły dwie godziny. Przyszedł czas na relaks. Wzięła do ręki katalog Festiwalu Mozartowskiego. Gruba, ciężka książka ze streszczeniami wszystkich oper Mozarta była lekturą, po którą Marysia sięgała najczęściej. Nareszcie spełniło się jej marzenie i w tym roku miała karnet na festiwal. Kochana babcia zafundowała jej taki prezent. Babcia miała nadprzyrodzony dar obdarowywania członków rodziny dokładnie tym, czego pragnęli.
Ponieważ w tym roku Festiwal Mozartowski zaczynał się od Cosi fan tutte, Marysia zaczęła lekturę katalogu od tej właśnie opery. Znała ją dobrze. Miała chyba siedem lat, gdy Kuba po raz pierwszy ją na nią zabrał. Czytała więc streszczenie tylko z nawyku. Sama opisałaby akcję nieco inaczej, ale co tam! Liczy się muzyka.
Sięgnęła po boks z Complete Mozart Edition i założyła słuchawki.
Była właśnie przy arii Despiny, gdy drzwi się otworzyły i wolno, ze spuszczoną głową, do pokoju weszła Celinka. Sięgnęła po swoją torebkę.
– Co ty się tak skradasz, Celuś? Idziecie gdzieś? – przyjaźnie zagadnęła siostrę Marysia.
Cela rozpromieniła się. Okazało się, że wybierają się do Żukowskich na, jak powiedziała ciocia Żukowska, królewskie ciasto owocowe w dużej ilości.
– Królewskie ciasto owocowe w dużej ilości, mówisz?
Marysia zerknęła na zegarek. Lekcje i porządki są zawsze, a królewskie ciasto owocowe, zwłaszcza w dużej ilości – rzadko. Wybór był prosty.
– Ja też chcę. Dajcie mi pięć minut! – wrzasnęła i rzuciła się do łazienki.
Po pięciu minutach – przebrana, uczesana i uśmiechnięta – była gotowa.
Kiedy wyszli na klatkę schodową, objęła Celinkę, szturchnęła ją w bok i szepnęła:
– Trzy czte-ry.
Kołysząc się miarowo do taktu, zaczęły podśpiewywać:
– Hey Jude, don’t make it bad…
Do Żukowskich dotarli w miłym sobotnim nastroju. Królewskie ciasto owocowe okazało się mocno spieczonym biszkoptem ze szklarniowym rabarbarem, ale Marysia miała dziką ochotę na jakiekolwiek ciasto. Była czternasta, a ona przecież od rana nie miała nic w ustach. Trzeba było to jakoś nadrobić.[źródło]
Książka znajduje się w szkolnej bibliotece!

piątek, 12 maja 2017

Bransoletka - Ewa Nowak

Granica między fantazją a rzeczywistością była u mnie zawsze beznadziejnie zamazana.

Roman Polański




Niech się wreszcie nauczy

W trzeciej klasie czytaliśmy Dzieci z Bullerbyn. Ostatnio znowu zajrzałam do tej książki i uderzyło mnie, że gdzieś tam, w bezsłonecznej Szwecji, i to ze sto lat temu, było dokładnie tak jak dziś. Idę do szkoły dwanaście minut, a wracam czterdzieści, a najczęściej jeszcze dłużej. Droga do szkoły jest całkiem innej długości niż powrotna. Astrid Lindgren była mądrą kobietą.
My, dziewczyny, zazwyczaj wychodzimy razem. Chwilę stoimy przed szkołą i gadamy, a potem idziemy grupami w zależności od tego, gdzie kto mieszka. Dom Magdy jest najdalej. W zeszłym roku to ustaliłyśmy, bo zmierzyłyśmy krokami, gdzie dokładnie wypada połowa drogi między naszymi domami. Tylko co z tego? Magda ciągle wykręca mi ten sam numer.
Tego dnia jak zwykle wracała z nami Baśka. Ona jest niesamowita – śmieje się cały czas i dosłownie ze wszystkiego sobie żartuje. Przy niej zawsze mam dobry humor. Kiedy tylko Baśka się odłączyła i pogalopowała wielkimi susami do domu, zrobiło się cicho. Czekałam, aż Magda przeprosi mnie za to, że znów grzebała w moich rzeczach, ale ona raptownie odwróciła się i wzięła mnie pod ramię.
– Słuchaj, Werka, miałam ci powiedzieć coś niesamowitego! Wiesz, kto się wczoraj do mnie odezwał? Nie uwierzysz!
Byłyśmy dokładnie w połowie drogi, przy przerdzewiałej skrzynce na listy koło sklepu spożywczego, przystanęłam więc i czekałam, aż skończy.
– A, racja! – Magda niby nagle przypomniała sobie, że tu jest połowa drogi. – Odprowadzisz mnie? To ci opowiem...
Czasem nawet mogłabym ją odprowadzić, ale ona zawsze mnie o to prosi. Zastanawiałam się przez chwilę. Nie chciałam jej odprowadzać, bo musiałam napisać wypracowanie i rozwiązać zadania z matematyki, a poza tym chciałam poczytać. Kiedyś odprowadzałyśmy się i bywało, że stałyśmy nawet dwie godziny, bo nie mogłyśmy się nagadać, ale to już przeszłość.
Teraz chciałam iść do domu. Bez niej. Dlaczego nie umiem powiedzieć jej tego wprost? Nienawidzę tego w sobie. Zaczęłam gorączkowo szukać w głowie jakiegoś pretekstu, bo o tym, że chcę robić matmę, przecież jej nie powiem. Zanim się odezwałam, Magda powiedziała:
– Racja, przecież i tak będziesz szła ze Śliwą. To weźmy go...
Nie chciałam się z nią kłócić, dlatego zanim zdążyłam się zorientować, już szłyśmy do mnie. Trudno, stracę trochę czasu, ale przynajmniej usłyszę jakąś dobrą historię. Skoro nie chciała mówić przy Baśce, to pewnie coś o chłopakach. Zapytałam, kto się do niej odezwał, ale Magda powiedziała, że opowie, jak już wyjdziemy, bo nie chce przerywać. To długa historia, a jej się chce siusiu.
Otworzyłam drzwi do mieszkania. Śliwa wyskoczył na nas jak wściekły. Szczekał i piszczał z radości.
– Siad, pies! – Usiłowałam opanować jego radość.
Magda zatkała nos. Wiem, że mój pies wydziela okropny zapach, ale to nie było miłe. Mam czworonoga, który śmierdzi. Magda nie musi demonstrować swojego obrzydzenia.
– Masz rację. Nie wierzyłam, jak mówiłaś, ale racja, śmierdzi w całym mieszkaniu. On jest ohydny.
Magda zdjęła buty, a raczej skopała je ze stóp. Widziałam, że jeden zostawił ślad na ścianie. Jak ojciec zobaczy, znów będzie gadanina do wieczora.
Magda poszła do toalety. Gdy wróciła, ściągnęła sweter, poprosiła o herbatę z cytryną i miodem oraz o coś słodkiego. Usiadła w moim fotelu.
Zerknęłam na zegarek. Śliwa piszczał, Magda grzała dłonie o kubek.
– Czytasz to?
Przecież widzi, że to czytam. Jest okropnie złośliwa. Naprawdę nie pamiętam, dlaczego w ogóle chciałam się z nią przyjaźnić.
– Chodźmy, bo Śliwa szaleje.
Byłam spięta. Lada moment ktoś mógł wrócić do domu. Chciałam, żebyśmy wreszcie wyszły.
– Minutkę, tylko dopiję. Pyszna, szkoda zostawić. Nie wiem, jak ty to robisz, że zawsze wychodzi ci taka dobra.
Usłyszałam klucz w drzwiach, Śliwa zaczął szczekać z radości, a potem dobiegły mnie jakieś dziwne odgłosy.
Kuba razem z Jarem, swoim kolegą, usiłowali przepchnąć przez drzwi drucianą klatkę.
– Co to jest?
– Czołg z wodotryskiem. – Bazyliszek patrzy na mnie z politowaniem i posyła Jarowi porozumiewawcze spojrzenie. – Nie widziała nigdy klatki.
– Ale taka duża... – Nie wiem, po co to powiedziałam.
– Dla mnie. Od dziś będę w niej spał, żebyś mnie nie pogryzła.
Magda posłała mi spojrzenie pełne współczucia i szepnęła: „Bazyliszek”. Wie, że tak nazywam Kubę. Wspomniałam jej o tym w czasach, gdy zwierzałyśmy się sobie ze wszystkiego. Dziś na pewno bym jej o tym nie powiedziała.
Wreszcie wyszłyśmy. Spuściłam Śliwę ze smyczy i myślałam, że Magda wreszcie mi opowie tę swoją niesamowitą historię, ale ona zaczęła inny temat.
– Kochana ta Basia, nie da się jej nie lubić.
– To prawda. Ma niesamowite poczucie humoru. Trzeba jej jakoś pomóc z tą historią, bo...
– Ty chcesz jej pomóc?
– Tak, a co?
– Nic. – Magda zrobiła jedną ze swoich głupich min. – One cię nazywają: Ciuma.
– Kto?
– Baśka i Oliwka. To znaczy kiedyś, teraz już może nie. Ale to nie było miłe, gdy przy mnie tak o tobie mówiły.
Ciuma. No pięknie! A miałam wrażenie, że Baśka mnie lubi. Zrobiło mi się strasznie przykro, bo akurat po Baśce czegoś takiego bym się nie spodziewała. Chciałam zapytać, skąd Magda o tym wie, ale nie dała mi dojść do słowa.
– Weruś, sorki, ale tu cię zostawię, bo mam tylko dziesięć minut. Lecimy z mamą po buty dla mnie. Kupuję jednak te kozaczki... Pogadamy jutro!
Pomachała do mnie. Pół minuty temu szła wolno, ruszając się jak w smole, a nagle z werwą już biegła do domu. Mieszkamy dość blisko siebie, może kilometr, ale nie chodzi o drogę, tylko o zasady. Zawsze mi to robi – zostawia mnie na lodzie! A ja się daję.
Zawołałam Śliwę i wściekła wracałam do domu. Nie mogłam przestać o tym myśleć. Najlepszy czas – dwie godziny, kiedy nikogo nie ma w domu, zostały zmarnowane i na dodatek zaczęło padać, a jak na złość nie był to śnieg. Magda była już w domu, a ja wracałam w strugach deszczu. Śliwa hasał w błocie, szczekał i taplał się w kałużach. Wytarcie mu łap zajmie mi co najmniej kwadrans. Nienawidzę zapachu sierści pomieszanego z błotem.
Pies ledwo dał się złapać. Musiałam mu kilka razy przylać, żeby przestał się szarpać.
Ojciec już był w domu. Jeszcze go nie widziałam, a już wiedziałam, że jest zły. Jego nastroje wyczuwam przez ścianę. Może zobaczył ten ślad buta, może Śliwa coś nadgryzł albo Bazyliszek zostawił bałagan.
Wyszedł do przedpokoju. Odwróciłam się tyłem i usiłowałam na niego nie patrzeć. „No, o co się tym razem przyczepisz?” – pomyślałam.
Nawet przez moment wydawało mi się, że nie jest zły, ale to było tylko złudzenie. Popatrzył na mnie i warknął:
– A jakieś „dzień dobry” to nie łaska?
Znowu zaczyna. Coś tam mu odmruknęłam, żeby się odczepił, ale nic z tego.
– Chodź no tu. Z kim ty się zadajesz?
– Z ufoludkami, nie wiedziałeś?
Zacisnęłam szczęki ze złości. Nie cierpię głupich pytań.
– Z ufoludkami? Jak ja lubię rozgarnięte dziewczynki. Nie dziwię się, że żaden chłopak...
Nienawidzę, gdy ojciec niby tak dobrodusznie, niby tak mimochodem gada, że z kimś takim jak ja żaden facet się nie zwiąże. Byłam kłębkiem nerwów, więc od razu zakręciły mi się łzy w oczach.
– O, już ryczy. – Ojciec krzywi się tak samo jak Kuba. – Trochę dystansu do siebie. – Nagle zmienił ton. – Wyobraź sobie, wysiadam dziś i widzę grupę rozwrzeszczanych, ryczących małolat. Patrzę, a wśród tej menażerii jest moje dziecko... O, przyszła matka.
– Cześć wszystkim. Ohydna ulewa.
– Pomóż matce.
Wzięłam od mamy ciężką torbę. Wystawała z niej bagietka. Byłam głodna.
– Co ci się stało, Werciu? Masz gorączkę?
Mama zdjęła czapkę, strzepnęła z niej wodę i ułożyła na komodzie, żeby wyschła. Znów zaczęłam płakać. Nie mam pojęcia, dlaczego tak często płaczę.
– Nie wiem, co z nią zrobić. – Ojciec się wyszczerzył. To chyba miało mnie rozbawić.
– Zabij mnie, będziesz miał wreszcie spokój – rzuciłam.
Ojciec podniósł ręce do góry jak na filmie.
– Ja się poddaję. Idę popracować.
Zostałyśmy z mamą same w przedpokoju.
– Jadłaś obiad? – spytała.
To jest najważniejsze. Dziecko stoi w przedpokoju zalane łzami, a jego matka pyta, czy jadło obiad. Czy w tym domu nikogo nie obchodzi nic oprócz wyprowadzania psa, odkurzania i jedzenia w szkole obiadów?
– Była awaria wody i dali nam drożdżówki i mleko.
– Aha. A co było? Jaka zupa?
– Mówiłam ci! Nie było obiadu! – Nie wytrzymuję.
– Czemu ty wiecznie podnosisz głos? Wracam wieczorem zmęczona jak pies, a do ciebie strach się odezwać...
– A nie mówiłem? – odzywa się ojciec. – Z nią nie da się wytrzymać.
Odwróciłam się na pięcie i poszłam do swojego pokoju.
Śliwa spał zwinięty na moim łóżku.
– Wynocha! – Chwyciłam go za grzbiet i zrzuciłam z łóżka. – Nie wolno, rozumiesz?! Nie wolno spać na łóżku.
Musiałam go przytrzymać za kark, bo jak tylko czuje, że dostanie, zaraz się wyrywa. A musi dostać, żeby zapamiętał, że ze mną nie ma żartów.
Rzuciłam się na łóżko, ale narzuta śmierdziała Śliwą, więc zerwałam ją z łóżka i cisnęłam na podłogę. Wtedy przyszła wiadomość.
„Sprawdź mi, o której jutro grają Złodzieja. Tylko szybko, please”.
To Magda. Jutro będzie środa, środy mam zajęte – angielski i basen. I ona o tym wiedziała. Na Złodzieja też chcę iść. I o tym również wiedziała.
– Nie doczekasz się. Koniec z tym. Nie będę ci nic sprawdzać! A może jestem zajęta? A może nie mam teraz Internetu? A może mam swoje sprawy? Może się kąpię i nie słyszałam? – powiedziałam sama do siebie, ciągle patrząc na wyświetlacz. – A może po prostu mi się nie chce? Sama sobie sprawdź.
Ciekawe, z kim idzie? Pewnie z mamą albo z Andżeliką. Specjalnie wybrała środę. Specjalnie...
Zrobiło mi się smutno. To ma być przyjaciółka?
Wtedy przyszła druga wiadomość: „Weruś, błagam! Strasznie mi zależy”.
Spojrzałam na zegarek. Osiemnasta czterdzieści sześć. Oderwała mi się podszewka w kurtce, wzięłam więc nici i wolniutko, starannie, najdokładniej, jak tylko umiałam, zaczęłam ją przyszywać.
Skończyłam, zrobiłam elegancki supełek, odcięłam resztę nici i dopiero wtedy włączyłam komputer. Poczeka. Nie będę całą dobę na jej usługach. Niech się nauczy, że ja też jestem czasem zajęta i mam swoje sprawy. Niech się wreszcie nauczy.[źródło]
Książka znajduje się w szkolnej bibliotece!

wtorek, 9 maja 2017

Mój Adam - Ewa Nowak


W naszej tradycji kulturowej kontaktów między płciami, żeby doszło do zalecanego przedłużenia gatunku, na niego spada ogromny wysiłek przekonania jej, że to w ogóle ma sens. On musi stwarzać odpowiednią atmosferę, wyszukiwać właściwe argumenty, rujnować się na potem nikomu niepotrzebne drobiazgi i prezenty, a przede wszystkim przedstawiać się z jak najlepszej strony, a to znaczy kłamać od razu na początku związku. Ona z kolei ma prawo reagować na to w sposób dalece niezobowiązujący – spojrzeniami, uśmiechami, tym, jak wygląda, a przede wszystkim różnymi półsłówkami. On musi się domyślać, czy one coś znaczą, i oczywiście podkłada pod nie najróżniejsze treści – zupełnie niepotrzebnie, bo tak naprawdę one nic nie znaczą. Wszystko to nie zmienia faktu, że kiedy już dojdzie do tego, na czym mu tak zależało, od tego momentu cała odpowiedzialność za związek spada na nią.

Jacek Kaczmarski – płyta Mimochodem,
zapowiedź do piosenki Coś Ty! (Zaloty)


Co ja właściwie zrobiłam?

Artura poznałam trzeciego października. Nie był to żaden nadzwyczajny przypadek, nic romantycznego. Po prostu byliśmy w tej samej grupie studenckiej. Chemia – niby ścisły kierunek, a facetów tylko sześciu. Hanka, moja starsza siostra, uprzedzała mnie, że pierwszy rok jest okropny. Liczysz na jakieś szalone życie studenckie, na wysiłek intelektualny, na Bóg wie co, a dostajesz nudnych wykładowców i musisz się zmuszać, żeby iść na jakieś zajęcia.
Trzeciego października stałam przed tablicą informacyjną i usiłowałam zrozumieć, co oznaczają tajemnicze znaczki na naszym planie zajęć i dlaczego Hanka jak zwykle musiała mieć rację. W liceum było sto razy fajniej. W każdym razie w liceum przynajmniej rozumiałam, o co chodzi w moim planie lekcji.
– Masakra.
Odwróciłam się i zobaczyłam chłopaka z mojej grupy.
– Nie kumam, o co tu chodzi. Jaką my jesteśmy grupą?
– Jeden G. Zaczynamy dopiero o jedenastej – jęknęłam. – Jak ja to sprawdzałam?
– Za trzy godziny? Wykończą mnie tu. Co masz zamiar robić?
– Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy o tej porze czynna jest jakaś biblioteka. Nawet nie wiem, gdzie jest biblioteka.
– Artur. – Wyciągnął do mnie rękę. – Mam stancję na Gęstej, cztery minuty stąd. Zapraszam. Pomożesz mi zjeść trochę tego, co dali mi w domu. Ledwo to wniosłem po schodach.
Mogłam powiedzieć: „Nie, dzięki, wolę się pouczyć (niby czego?), wracam do domu (tylko po co?), pójdę na spacer i przemyślę kilka spraw (tylko jakich?)”. Mogłam mu odmówić, ale dlaczego miałabym z miłym chłopakiem o przyjemnej aparycji, żadnym podejrzanym, bo z mojej grupy studenckiej, nie iść na wałówkę z domu?
– Sorki za bajzel, przyjechałem o trzeciej w nocy.
Chyba zrobiłam głupią minę, bo Artur zaraz dodał:
– Jeżdżę w nocy, bo taniej.
– Skąd jesteś?
– Z Warszawy.
– To dlaczego tu studiujesz? Nie wolałeś...
– Nie, nie wolałem. Wolałem tu. Pewne okoliczności... Nie chcę do tego wracać. Pasztet czy naleśniki z serem?
Artur zaczął otwierać jakieś słoiki, odpakowywać jakieś paczuszki. Wstawił wodę na herbatę, a ja rozejrzałam się po stancji.
Kwadratowy, dość duży pokój z samodzielną łazienką i aneksem kuchennym, łóżko, regał, dwie małe komody, zielony dywan wyglądający na zupełnie nowy.
Zjedliśmy. Byłam bez śniadania, a jego mama robi całkiem dobre naleśniki, chociaż jak dla mnie trochę za mało przypieczone. Moja mama robi takie rumiane, ale darowanemu koniowi... wiadomo. Wypiliśmy po kawie, a potem po herbacie. Artur gra w kulki. Ograł mnie z kretesem ze cztery razy, ale potem załapałam algorytm i on przegrał. Wpadliśmy na ćwiczenia równo z prowadzącą.


– Nic nie rozumiem – jęczałam.
– Spokojnie. Skoro inni dali radę, my też damy. Idziemy do mnie? Widziałaś, ile tego jest?
– Nie dam rady. Obiecałam siostrze, że skoczymy do babci.
– Szkoda. Zadzwoń do mnie wieczorem i spytaj, czy żyję, bo jak sam zjem to wszystko, mój organizm może nie wytrzymać.
Wpisałam go sobie w kontaktach jako „Artur z grupy”, bo nie wiedziałam, jak ma na nazwisko, a głupio mi było pytać. Po trzech godzinach dostałam wiadomość:
„Ja jeszcze żyję, ale co to za życie... Wejdziesz na Socjetę?”.
Byłam akurat w sklepie. Wyłudziłam od mamy trochę kasy i kupowałam ciepłe tureckie rajstopy, bo ponoć od przyszłego tygodnia miało się strasznie ochłodzić. Kupiłam te, które akurat trzymałam w ręku, i pędem pobiegłam do domu.
Siedzieliśmy na Socjecie ze cztery godziny z małymi przerwami. Gadaliśmy o zadaniach z chemii nieorganicznej i o tym, że taka wysoka dziewczyna z naszej grupy, Daria, jest jakaś dziwna, że jutro może sypnąć śnieg, a Artur ma tylko trampki, bo do domu jedzie dopiero w piątek, i o tym, że Allen ma ponoć kręcić coś w Warszawie. Byłoby super statystować u niego.
W czwartej klasie podstawówki moja absolutnie wtedy najbliższa przyjaciółka zakochała się w takim jednym kujonie, Mateuszu. Łaziłam razem z nią pod jego salę i razem z nią udawałam, że co przerwę znosi nas tam absolutnie przypadkiem. Po jakichś dwóch tygodniach ona się odkochała, a mnie ten Mateusz podobał się jeszcze bardzo długo, ale oczywiście nikt się nigdy o tym nie dowiedział, zwłaszcza on.
W gimnazjum też miałam najlepszą przyjaciółkę, Justynę. W pierwszej klasie chciałyśmy zostać zakonnicami i koniecznie uczyć się jeździć konno. Chłopakami zaczęłyśmy się interesować gdzieś w połowie drugiej. Jeden taki Jarek cztery razy z rzędu poprosił mnie do tańca na dyskotece. Myślałam o nim z pół roku. Potem wyprowadził się do Przemyśla i przeniósł się do innej szkoły.
W trzeciej klasie tematem wielu naszych rozmów z Justyną była bezdenna głupota chłopców. Spotykałyśmy się u mnie albo u niej na nocowanie, piekłyśmy tosty, skubałyśmy galaretki w czekoladzie i robiłyśmy listy wszystkich chłopców, których znamy. Potem kolejno obgadywałyśmy, w czym który jest beznadziejny. Mnie podobał się wtedy Rafał, dwa lata od nas starszy. Chodził do tej samej szkoły języka co my, tylko oczywiście do grupy dla licealistów. Na jego widok dostawałam migotania przedsionków. Miał dziewczynę, Julkę ze swojej grupy. Rafała obgadywałam strasznie, chyba najgorzej ze wszystkich.
W liceum zakochałam się od razu. W mojej klasie był taki Tomek. Gapiłam się na niego ukradkiem aż do lutego, czyli ponad pół roku, gdy moja wtedy najlepsza przyjaciółka, Majka, uświadomiła mi, że jeden gość z drugiej klasy gapi się na mnie. Fakty to potwierdzały. Na dodatek raz, jak szłam do szkoły, powiedział mi „cześć, Ewa”, co przeżywałam ze dwa tygodnie. Nie był mi obojętny aż do wakacji. W wakacje Majka pojechała do ojca do Norwegii, a ja na obóz hippiczny (panicznie boję się koni, ale to okazało się dopiero na miejscu; obóz oczywiście wymyśliła Hanka). Zakochałam się w dwóch facetach: w naszym trenerze (własnoręcznie podsadzał mnie do siodła i mówił, żebym się nie przejmowała, nie każdy przecież musi jeździć konno) oraz w Piotrku. Kiedy po raz szósty czy ósmy spadłam z konia i nie mogłam się prawie ruszać (taka byłam poobijana), właśnie on przyniósł mi do pokoju ciasto z czereśniami i powiedział, że szkoda, że nie jadę z nimi nad rzekę. Przestało mnie ściskać w dołku na myśl o nim dopiero gdzieś koło października.
W kwietniu był u nas w liceum dzień otwarty. Majka, bez mojej wiedzy i zgody, zgłosiła nas na wolontariat. Stałyśmy przy wejściu i miałyśmy opowiadać kandydatom, jak u nas w szkole jest fajowo. Zagadnęłam jednego gościa, Michała. Powiedziałam mu szczerze, że nasze liceum jest beznadziejne, potem jeszcze mu to powtórzyłam na spacerze po starówce i u niego w domu na obiedzie z jego rodzicami. Powiedział, że teraz już nic go nie powstrzyma – żeby się waliło i paliło, idzie do mojego liceum.
Przez całe wakacje się nie widzieliśmy. Odzywał się do mnie szczątkowo, a ja przez dwa miesiące zastanawiałam się, co robić – zacząć chodzić z facetem, który jest młodszy ode mnie, czy nie.
Pod sam koniec sierpnia podjęłam decyzję, że biorę, co mi dają, i byłam zdecydowana zacząć z nim być.
Pierwszego września ograniczył się do powiedzenia mi „cześć” i wieloznacznego uśmiechu, drugiego pogadaliśmy o tym, że czuje się w tej szkole dziwnie, trzeciego poznałam go z Majką, piętnastego we troje obgadywaliśmy naszych wspólnych nauczycieli. W listopadzie zrozumiałam, że zmarnowałam wakacje na podejmowanie kompletnie bezsensownej decyzji. W grudniu Michał zaczął chodzić z dziewczyną ze swojej klasy, Karoliną. Chodziłyśmy razem na kółko chemiczne. Zdolna bestia, ładna, mądra i urocza na dodatek.
Kiedy na horyzoncie zaczęła majaczyć studniówka, wpadłam w panikę i zaczęłam rozpowiadać po szkole, że tańczenie poloneza to obciach i że wołami nikt by mnie nie zaciągnął. Postanowiłam, że zapłacę, ale na dwa dni przed imprezą „przypadkowo” się rozchoruję. Majka chodziła wtedy z Pawłem – absolwentem naszego ogólniaka poznanym na święcie szkoły – i załatwiła mi do tańczenia jego brata. Najprzystojniejszy facet, jakiego w życiu widziałam. Urok Małysza, wygląd Banderasa. Nogi mi się plątały podczas wszystkich prób. Trzymanie go za rękę odreagowywałam do późnych godzin nocnych.
Na studniówkę szłam tak zdenerwowana, że z pewnością miałam stan przedzawałowy. Niepotrzebnie. Zatańczył wzorowo, i to nie tylko poloneza. Wywijaliśmy razem do białego rana. Odwiózł mnie taksówką i odstawił pod same drzwi.
Serce o mało nie wyskoczyło mi uszami. Byłam gotowa rzucić mu się na szyję i szczerze wyznać, co się dzieje w mojej głowie, w sercu, w żołądku i we wszystkich innych komórkach mojego ciała.
– Fajnie było. – Podał mi rękę i zajrzał mi w oczy z pewnością nie jak znajomy znajomej.
Nie zasnęłam tego dnia. Rzuciłam się na zdjęcia ze studniówki jak lwica. Byliśmy na sześciu. Umieściłam je na moim profilu, zalajkował wszystkie.
Nigdy więcej się do mnie nie odezwał.
A potem to już poznałam Artura.
Artur urodził się i mieszkał w Warszawie. Trochę grał na gitarze, lubił Leśmiana, uwielbiał czytać. Nie znosił tańca, bo jakiś czas temu chodził z Kamilą Jutrzenko, tą mistrzynią Polski w tańcu towarzyskim, i to ona mu obrzydziła taniec. Zdradziła go na jakimś obozie treningowym. Myślał, że będą razem na zawsze, kupił jej lwa jako symbol siły ich uczucia, a ona regularnie zdradzała go z jakimś chodzącym mięśniakiem – kulturystą czy kulomiotem. Artur miał młodszą siostrę, jeszcze w przedszkolu. „Upiorne dziecko” – jak o niej mówił. Pasjami uwielbiał jajecznicę. Smażył ją na wszystkie możliwe sposoby: sauté, na cebuli, na kiełbasie, na cebuli i kiełbasie, na szynce, na boczku, na pomidorach, na pieczarkach, na papryce, na maśle, na oliwie, na smalcu ze skwarkami, z łososiem, z ziołami. Lubił zupy: rosół, ogórkową, pieczarkową, pomidorową (ale wolał z ryżem niż makaronem), żurek, grochówkę, kapuśniak, barszcz. Nie lubił tylko szczawiowej. Jego mama była księgową, ojciec architektem. Mieli starego kota – złośliwego, chimerycznego persa. W liceum dobrze jeździł na desce, ale teraz już go to nie bawiło. Uwielbiał kryminały, zresztą od zawsze miał specyficzny stosunek do literatury – zawsze go bardziej ciekawiło to, jak książka powstała, niż jej treść. W szkole lubił historie o tym, kto był pierwowzorem postaci literackich. Poznał kiedyś nawiedzoną pseudopisarkę. Miała szesnaście lat, a mówiła o sobie „powieściopisarka”. Chciała o nim pisać powieść, ale oczywiście ją wyśmiał i to ona skutecznie obrzydziła mu powieści współczesne. Na chemię poszedł, bo to mu w szkole szło najlepiej. Nie miał pojęcia, co chce w życiu robić.
Miał dziewczynę – Klarę. „Klara pisze, że...”, „U Klary teraz jest taka śnieżyca, że nie widzi czubków swoich palców”, „Zobacz, co mi Klara przysłała. Niesamowite, nie?”, „Klara mówi, że koniecznie muszę zobaczyć nowego Allena. Idziemy? Może dziś po południu? Tylko bez wykrętów”, „Klara cię pozdrawia. U niej strasznie teraz cisną. Pisze, że ledwo zipie”.
Klara Mazurowska, lat osiemnaście. Uczennica trzeciej klasy liceum, profil humanistyczny. Ładna, miła, laureatka olimpiady polonistycznej. Idzie na MISH, czyli do mekki humanistów. Ma dwóch starszych braci, od trzech lat mieszka w starym drewnianym domu pod Warszawą odziedziczonym po dziadkach. Dom jest piękny, ma klimat, ale nie da się go dobrze ogrzać i wszyscy niemal cały rok chodzą w grubych swetrach i wełnianych skarpetach. On też ma u niej w domu swoje wełniane skarpety. Klara musiała szybko zrobić prawo jazdy, bo dojazdy do szkoły były koszmarne. Nie ma zdolności muzycznych. Usiłowała grać na gitarze, pianinie, harmonijce, ale wychodziło to fatalnie. Nie nosi niczego z mikrofibry, bo ją uczula. Lubi błękitną bieliznę z koronką, uwielbia kwiaty i uważa, że w poprzednim życiu na pewno była rośliną. Trochę boi się wody i nigdy nie nauczyła się pływać. Nie pija kawy, ale lubi wszystko, co pachnie kawą – balsam do ciała, błyszczyk, płyn do kąpieli, wodę toaletową. Nie rozumie, jak ktoś może z własnej woli jeść grejpfruty. Woli psy od kotów, ale koty też toleruje. Artur bardzo ją kocha, bo jest absolutnie wyjątkowa.
O wielu moich najlepszych przyjaciółkach nigdy nie dowiedziałam się tyle co o Klarze. Mogłabym napisać jej biografię.
Wiedziałam o jej istnieniu od drugiego czy trzeciego dnia. Nie przeszkadzała mi. Lubiłam Artura, bo jak mało który chłopak miał w sobie to coś. Nigdy nie miałam prawdziwego przyjaciela, a tu bach i mam. Fajnie przyjaźnić się z chłopakiem, i to byłym facetem Kamili Jutrzenko.
Któregoś dnia siedzieliśmy na korytarzu przed zajęciami z organicznej. Artur wyjął smartfon.
– Stań spokojnie. – Wymierzył we mnie obiektyw. – Klara koniecznie chce zobaczyć, jak wyglądasz zdenerwowana.
Trochę padało. Czułam, że grzywka ohydnie przykleiła mi się do czoła, że mam czerwone policzki i spierzchnięte wargi. Nie wiem, dlaczego zależało mi na tym, żeby dobrze wyglądać.
– „Jest śliczna. Zabierz ją na herbatę, bo widać, że przewiało ją na wskroś”. – Artur przeczytał mi jej odpowiedź.
Siedzieliśmy razem na wszystkich zajęciach, na które razem chodziliśmy, przychodziłam do niego na stancję i zjadałam wałówkę z domu, rozwiązywaliśmy razem zadania, uczyliśmy się, pożyczaliśmy sobie notatki, podręczniki, długopisy, dawałam mu chusteczkę higieniczną, gdy było zimno i leciało mu z nosa, a on nie miał chusteczek. Razem znaleźliśmy dermatologa, kilka razy odprowadziłam go na laser, bo on ma od słońca naruszoną pigmentację na ramionach i plecach. Artur brał ode mnie torbę, gdy była bardzo ciężka. Jeśli któreś z nas szło do biblioteki, to drugie wiedziało, że nie musi się śpieszyć, bo zajęte miejsce na pewno czeka. Chodziliśmy do kina (tanie środy). Urodziłam się w Lublinie, ale tak naprawdę miasto zwiedziłam dopiero z nim. Byliśmy na Majdanku (byłam w podstawówce z klasą i raz, jak przyjechali do nas kuzyni z Rzeszowa, ale dopiero podczas zwiedzania z Arturem dotarło do mnie, do czego zdolny jest człowiek). W muzeum sztuki Artur kupił kartkę i poszliśmy na pocztę przy Grodzkiej, żeby wysłać ją do Klary. Dopisałam: „Serdeczne pozdrowienia z pięknego Lublina przesyła Ewa”. Byliśmy też w kaplicy Trójcy Świętej (freski cudowne, no i ta atmosfera).
– Może zapisz się na kurs przewodników turystycznych? Będziesz miała drugi zawód. A w ogóle co cię tak nagle zaczęło nosić? – kpiła Hanka.
– Dlaczego jej dokuczasz? Każdy musi na własną rękę odkryć swoje miasto. Ja to popieram – mówiła mama.
– Ja na przykład do tej pory nie odkryłem, he, he – mówił tata.
Jest z Rzeszowa i do Lublina sprowadził się z powodu mamy, a raczej Hanki w brzuchu mamy.
Kiedy Artur pojechał do domu na pierwszego listopada, u nas lało. Nie ruszyłam się z domu na krok. Przygotowałam sześć tras na spacery dla nas i zaczęłam żałować, że nie poszłam na historię sztuki.[źródło]

 Książka znajduje się w szkolnej bibliotece!